SMOLEŃSK 2010 – najważniejsze śledztwo III RP…

PONIŻEJ ZBIÓR ZEBRANYCH W SIECI PRZEZ INTERNAUTÓW ANALIZ:

To mógł być zamach. Największe wątpliwości.

Zbiór materiałów i hipotez związanych z katastrofą
prezydenckiego samolotu w Smoleńsku.

Najnowsze info :

Prawa zachowania fizyki a oficjalna dezinformacja:

W sytuacji, gdy szczegółowa wiedza o parametrach końca lotu Tu-154M jest zarezerwowana wyłącznie dla strony rosyjskiej, wszystkie rejestratory tych danych są zagarnięte przez stronę podejrzaną, nawet oryginał t.zw. „trzeciej skrzynki” został im przekazany, nam pozostaje potężna broń – korzystanie z niezmiennych i nie dających się zafałszować praw logiki oraz praw natury, czyli „praw zachowania” fizyki. Nie wystarczą one do zrozumienia, co się tam stało. Pozwalają jednak wykluczyć wersje anty-fizyczne, anty-logiczne. Oto jedna z prób ich wykorzystania.
——-
Poniższe porównania napisaliśmy, by uzmysłowić pewne podstawowe prawidłowości osobom zajmującym się na co dzień socjologią, polityką czy historią. Są to oczywiście jedynie obrazy.
Uwzględniam tu spostrzeżenia licznej rzeszy analityków, t.zw. blogerów, którzy formułują je od przełomu kwietnia/maja, ale nie przesyłają swych wyliczeń i argumentów, jak należy, do prokuratury wojskowej badającej katastrofę.
Wyjaśnienie: Tam, gdzie analiza procesów jest trudna z powodu małej ilości danych, np. ukrywanych przez naturę, osiągnięcia poznawcze opierają się przede wszystkim na uwzględnianiu podstawowych praw zachowania. Dotyczy to tak np. zderzeń ciężkich jąder (a więc struktur w rzeczywistości bardzo skomplikowanych), jak i – na drugim końcu w skali wielkości – oddziaływań czarnych dziur czy zderzeń galaktyk. Może więc i „pośrodku skali” czegoś się tym sposobem dowiemy.
I. „Pół beczki”
Przy zderzeniu z pierwszą brzozą samolot leciał lotem bez znacznych przechyłów na skrzydło. Jeśli zawadził o brzozę skrzydłem, to
1) siły skręcające, powodujące powstanie ew. momentu obrotowego, były jedynie w płaszczyźnie poziomej, bez składowej pionowej. Ze względu na efekt cięcia opisany niżej, pod koniec cz. II, generowany moment pędu był (dla samolotu) niewielki.
2) Urwanie końcówki skrzydła nie zmienia ani pędu samolotu, ani (w sposób znaczący) siły nośnej (o tym napiszę osobno) uszkodzonego skrzydła. Hipotetyczne uszkodzenie lotek w ten sposób, by samolot uzyskał skrajnie różną siłę nośną skrzydeł, nie jest możliwe przy uderzeniu blisko końca skrzydła. Gdyby jednak nastąpiło takie (zupełnie nieprawdopodobne) uszkodzenie, to przechylenie (obrót kadłuba), przy wysokości przemieszczania się kadłuba około paru metrów nad gruntem, ze względu na wielki pęd układu, a brak składowej pionowej, spowodowałoby zrywanie dalszej części skrzydła, a nie obracanie się płatowca wokół osi podłużnej. Ostatecznym dowodem na nie wykonanie pół-beczki przez Tu-154M są zdjęcia kół i podwozia. Te elementy są ubłocone ze wszystkich stron, a nie ew. z jednego boku (to ostatnie sugerowałoby ślizganie się kadłuba przez jakiś czas na boku).
II. Prosty model
Z punktu widzenia kinetyki i dynamiki ruchu samolot Tu-154M można w pierwszym przybliżeniu, przy wyobrażaniu sobie ew. przyśpieszeń w ruchu postępowym, rozpatrywać jako bardzo mocną rurę z duralu z podłużnymi i poprzecznymi żebrami wzmacniającymi. W Smoleńsku Tu-154M nie uderzył w ziemię dziobem całości swej konstrukcji (nie ma krateru). Jego „ślizganie się” po lasku czy zagajniku zostawiło ślad, którego długość można ocenić na 1000 do 100 m. (bierzemy pod uwagę większe uszkodzenia lasku).
Analiza udostępnionych zdjęć z terenu katastrofy prowadzi do wniosku, że samolot tracił prędkość uderzając o kolejne drzewa i ślizgając się po podmokłym gruncie. Niewidoczne jednak były większe uszkodzenia gleby w postaci bruzd. Osoby w tak spowalnianym obiekcie, jeśli są zapięte w pasy bezpieczeństwa, odczują ścinanie kolejnych drzew, czy grzęźnięcie kół i podwozia w bagienku, jako serię kolejnych szarpnięć charakteryzujących się chwilowymi przyspieszeniami (trwającymi ułamki sekundy) rzędu 2-3 g, ale nie więcej.
Dla uzmysłowienia skutków kolejnych zderzeń z drzewami przesuwającej się rury może być przydatne następujące porównanie:
Porównamy pęd samochodu z pędem lądującego samolotu.
Dla poglądowości rachunków załóżmy, że samochód ma masę (m) jednej tony i prędkość (v) 100 km/h. Unormujmy jego pęd (p=m*v) do jedynki; jego energie kinetyczną też do jedynki (E=mv2/2).
Dla uproszczenia obliczeń modelowych przyjmujemy masę układu (lądującego samolotu) równą 80 ton. Na tę liczbę składa się: masa samolotu [56 ton], z resztą paliwa [ok. 13 ton], pasażerami [8 ton] i bagażami [3 t]. Przyjmujemy prędkość układu v =300 km/h.
Pęd takiego układu P jest więc 240 razy większy od pędu modelowego samochodu, a jego energia Ek jest 720 razy większa.
Jest rozsądnym założenie (w pierwszym przybliżeniu), że opór stawiany na początku przyziemiania przez napotkane przeszkody (drzewa) jest związany liniowo z powierzchnią przekroju pnia. W tym przybliżeniu zakładamy brak wpływu gatunku drzewa, np. „same brzozy”. Zmiana pędu obiektu przy cięciu takiego drzewa jest więc proporcjonalna do kwadratu średnicy (d=2*r, gdzie r to promień). Przyjmując, że pierwsza brzoza, z którą zetknął się Tu 154 (i którą częściowo ściął końcem skrzydła) miała średnicę 2*R = 30 cm (tak wynika ze zdjęć), możemy porównać skutki takiego uderzenia ze skutkami (dla pasażerów) uderzenia modelowego samochodu o drzewko o średnicy r:
r2 = R2*p/P, czyli: 225/240 = ok. 1. d = 2*r = 2 cm
Byłoby to więc szarpnięcie powodujące przyspieszenie δa podobne do tego, jakie odczuwa się przy zderzeniu samochodu z drzewkiem o średnicy 2 cm.
Należy uzmysłowić czytelnikowi, że ew. zderzenie tego modelowego samochodu z drzewem o średnicy 30 cm. doprowadzi do drogi hamowania pasażera ok. 1 metra, zupełnej utraty pędu i prędkości, czyli do przyspieszenia a = (36 m/s)2/2*1m /9.81 = 66 g
Nie należy ekstrapolować tak prostego modelu zbyt daleko. Jednak dla uświadomienia sobie roli pędu można wspomnieć, iż dla roweru o masie 100 kg (80 kg kolarz + 20 kg stary rower) i prędkości 20 km/h, pęd jest równy pr = 0.02 p (50 razy mniej, niż samochodu). Średnica modelowego „drzewka” wynosiłaby więc ok. 3 mm, by kolarz odczuł wstrząs zbliżony do rozważanych powyżej.
Średnie przyspieszenie: a = v2/2s
Przy początkowej (poglądowej) prędkości 300 km/h średnie przyspieszenia wynoszą:
– przy długości drogi hamowania 1000 m : a = 0.35 g (g – wartość przyspieszenia ziemskiego)
– przy długości drogi hamowania 100 m : a = 3.5 g
– przy długości drogi hamowania 10 m : a = 35 g
Ze względu na wielki i znany pęd układu, odchylenia (szarpnięcia) mają wielkości wyliczalne, ale niewielkie w porównaniu z wartością średnią.
(Łatwe jest przeliczenie pędów i przyspieszeń dla każdej zadanej, a innej od założonej powyżej masy i prędkości)
Na początku linii zniszczeń podobno wywołanych przez katastrofę Tu-154M nie ma nigdzie krateru, który musiałby powstać przy nagłym wbiciu się płatowca w grunt. Tylko wtedy cała energia kinetyczna zostałaby zamieniona na energię kruszenia powłoki. Także w tym wypadku droga hamowania poszczególnych części samolotu czy pasażerów wynosiłaby ok. 10 metrów, lub trochę poniżej tej wartości. Tylko wtedy można ocenić przeciążenia na znajdujące się w granicach 40 -100 g, czyli śmiertelne. Ale takie uderzenie nie mogłoby spowodować rozerwania kadłuba na tysiące części.
W Niemczech przy ocenie wypadków samochodowych uznaje się, że dopuszczalne dla zdrowia pasażerów jest wystąpienie przyspieszeń do 6 g. Przy tych obciążeniach ciała mogą wystąpić krwawienia z nosa, może sińce. Powyżej 8 g są uszkodzenia mięśni od nacisku pasów bezpieczeństwa, a można się obawiać nawet złamania kości. Przy 10 g (trwające mniej niż 1 sek) możliwe są omdlenia. Dopiero wartość ponad 14 g może prowadzić do śmierci lub ciężkich obrażeń. Dotyczy to zwykłych pasażerów, a nie osób specjalnie trenowanych (piloci, kierowcy wyścigowi).
Ścinanie przeszkód drewnianych przez ostrą i giętką konstrukcję skrzydła przypomina ścinanie badyli ostrą szablą, a nie uderzanie tępym narzędziem w drewno. Ten efekt można również wymodelować liczbowo. Mam nadzieje, że prokuratura wojskowa to zrobiła. Zmniejsza on znacznie kolejne zmiany pędu układu.
III. Inne uwagi; „na ścieżce i na kursie”
1) Powtarzam: Ponieważ ze 100% pewnością (zdjęcia) nie było na Siewiernym krateru świadczącego o „wbiciu się” płatowca w ziemię, wykluczone są przyspieszenia rzędu 40-100 g, o których czytaliśmy w sprawozdaniach z prac komisji MAK. W każdym razie nie są dostępne argumenty za wystąpieniem takich przyspieszeń, o których mówili i zapewniali „eksperci” śledztwa. Wiele ciał i twarzy ofiar katastrofy widzieli ich bliscy, m.inn. i głównie twarz śp. Lecha Kaczyńskiego. W tym wypadku jest też dostępny dokument – protokół sekcji zwłok. Nikt nie sygnalizował zaobserwowania typowych obrażeń nieuniknionych przy przeciążeniach rzędu 40 do 100 g. Ten fakt zadaje kłam twierdzeniom rosyjskim (potwierdzanym m.inn. przez B. Klicha) o wystąpieniu tak wielkich przeciążeń.
2) Na zdjęciach z pierwszych chwil po katastrofie widoczny jest kokpit (kabina pilotów). Na zebranych przez firmę MAK i ułożonym na płycie lotniska „samolocie” kabiny nie ma. Wniosek: została wywieziona (Mi-26 ?), a potem zapewne opróżniona z aparatury pomiarowej rejestrującej techniczne warunki lotu (czyli dowodów przyczyn i przebiegu katastrofy) i później wysadzona w wybuchu.
3) Kabina pasażerska przy znanych parametrach prędkości i przyspieszeń nie mogła się rozpaść na więcej, niż dwie lub trzy części. Znana energia kinetyczna płatowca nie wystarcza do rozerwania kadłuba na ogromną ilość części; nieznany fizyce byłby też proces, sposób takiej dezintegracji. Fakt, iż kadłub jest rozpryśnięty na dziesiątki tysięcy drobnych ułamków i większych części, w związku ze stwierdzeniem prokuratora Andrzeja Seremeta, że „na pokładzie nie doszło do wybuchu konwencjonalnego”, wskazuje na wybuch ładunku niekonwencjonalnego. Narzucającą się przyczyną tak destruktywnego „rozpryśnięcia” kadłuba jest eksplozja bomby termo-wolumetrycznej w czasie zatrzymywania się kadłuba (z dokładnością 2-4 sekund). Z tej przyczyny uzasadnialiśmy konieczność ekshumacji już 2 maja (por. http://dakowski.pl//index.php?option=co … Itemid=100 ) .
W świetle tych argumentów odmowa żądanej przez krewnych ofiar ekshumacji, m.inn. w celu badań spektrometrycznych jest matactwem i powinna być ścigana z urzędu.
Można i należy tę hipotezę sprawdzić przy koniecznej, jak najszybszej ekshumacji ciał ofiar. Proponowana metoda: poszukiwanie przy pomocy spektrometrii mas związków metalo-organicznch i innych, charakterystycznych dla takich bomb czy ładunków. Są możliwe do zastosowania również inne z istniejących, bardzo czułe metody spektralne, ale ich nie znam z doświadczenia.
4) Ujawnienie przez MAK z zapisów fonii z rejestratorów – pozycje i czasy znajdowania się samolotu pozwalają na szacunkowe wyliczenie średniej (wg. MAK) prędkości na danym odcinku lotu. Absurdalne PRZYKŁADY „skaczącej” prędkości od…. 57 km/h do 157 km/h. Ponieważ jest to sprzeczne z możliwą fizyką lotu (vmin = ok. 280 km/h), wskazuje jednoznacznie na oszustwa czy pomyłki w odczycie danych przez komisję MAK. Najistotniejsze do analizy są dane cyfrowe zapisów przyrządów płatowca, niestety niedostępne.
5) Cięcie kadłuba, hydrauliki i kabli oraz wybijanie okien w kabinie wraku w dzień czy dwa po katastrofie świadczy o pośpiesznym niszczeniu dowodów przebiegu zdarzeń przez oficjalne przecież ekipy rosyjskie.
6) Pozostawienie przez załogę płatowca (wg. MAK), maszyny na auto-pilocie do 5.4 sek. przed pierwszym zderzeniem jednoznacznie wskazuje na „meaconing”, czyli celowe przesłanie opóźnionego i wzmocnionego sygnału z satelitów (dla GPS), które zmyliło co do wysokości i położenia przyrządy (komputer pokładowy), a w wyniku tego również załogę samolotu. W czasie katastrofy (niezależnie od trwających ciągle przekłamań strony rosyjskiej co do momentu – niepewności rzędu 20 minut!) nad horyzontem lotniska Siewiernyj było 7-8 satelitów GPS; analiza parametrów przekazywanych przez nie do komputerów pokładowych „tutki” musi wskazać na przyczynę anomalii trajektorii lotu. Zapewne dlatego strona posiadająca czarne skrzynki stara się nie wypuścić ich z rąk.
W związku z tym: Pytanie zasadnicze nadal jest tylko jedno: dlaczego maszyna na autopilocie, z systemem nawigacji tej klasy znajdowała się – zanim do czegokolwiek doszło – 70 do 100 metrów poniżej prawidłowej wysokości. [lotnik- ekspert od katastrof skomentował: Innych pytań już nie trzeba do udowodnienia zbrodni, jakkolwiek te pytania nie byłyby słuszne]
7) Kilkakrotne powtórzenie przez kontrolerów z „wieży kontrolnej” lotniska Siewiernyj, iż samolot jest „na ścieżce i na kursie” wskazuje na świadomy udział tych osób, może podszywających się pod „kontrolerów”, w utrzymywaniu załogi i szczególnie pilota na błędniej, katastrofalnej trajektorii. Takie pozorne „przesunięcie” płatowca i jego skutki możliwe są jedynie przy równoczesnym zaistnieniu trzech czynników: nagła mgła, meaconing oraz zapewnienie ze strony załogi „wieży kontrolnej”, że samolot jest „na kursie i na ścieżce”.
Dynamika wystąpienia nad lotniskiem Siewiernyj gęstej mgły znana jest posiadaczom zdjęć i filmów satelitarnych wykonanych przez CIA, armię USA oraz NATO. Techniczne sposoby na wygenerowanie takiej mgły oraz ich zastosowanie praktyczne znane są co najmniej od kilkunastu lat.
Konieczne jest sprawdzenie, czy prawdą jest, iż rząd polski, jak mówił oficjalnie jego rzecznik, otrzymał te zdjęcia i filmy.
Jeśli NIE – konieczne jest wdrożenie śledztwa, czemu nie otrzymał i czemu rzecznik kłamał. Jeśli TAK, czemu nie przekazał tych dokumentów do prokuratury wojskowej zajmującej się śledztwem w sprawie katastrofy.

*******************************************************************************

Śledztwo we mgle.

 

Z dr. Tadeuszem Augustynowiczem, koordynatorem lotnisk wojskowych i wieloletnim pracownikiem PLL LOT, menedżerem Cargo Terminal London Heathrow Airport, rozmawia Marta Ziarnik

Opracował Pan wraz z pilotami, ekspertami z różnych dziedzin katalog brzemiennych w skutkach błędów i zaniedbań w śledztwie dotyczącym wyjaśnienia przyczyn katastrofy Tu-154M. Jaki charakter ma ten dokument?
– Najkrócej mogę go scharakteryzować, parafrazując słowa gen. Aleksego Morozowa, które znalazły się we wstępnym raporcie rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK): “Prezentowany materiał stanowi faktyczną informację, uzyskaną w trakcie obserwacji dochodzenia Komisji Technicznej MAK z udziałem Pełnomocnika Rzeczypospolitej Polskiej oraz dużej grupy polskich ekspertów (…). W przypadku pozyskania nowych dokumentów i ich analizy materiał ten będzie uściślany. Materiał ten i poszczególne jego części nie stanowią analizy przyczyn zdarzenia lotniczego, nie są ukierunkowane na ustalenie proporcji czyjejkolwiek winy lub odpowiedzialności i nie powinien być interpretowany jako taki. Dla wygody percepcji stwierdzone fakty są ujęte w grupy”.
Nasze wnioski zaszeregowaliśmy do kilkunastu różnych grup, dlatego że tak wiele znaleźliśmy tych problemów.

Obrazek

 

Jakie są podstawowe spostrzeżenia Pana zespołu?
– W pierwszej kolejności skoncentrowaliśmy się na błędnej ocenie statusu i charakteru lotu.
Na przykład polski akredytowany przy MAK Edmund Klich rozgłasza, że lot rządowego tupolewa był wojskowy tylko w ostatniej fazie…
– Tyle że twarde dane temu przeczą. Zgodnie z planem lotu wykonanym około godz. 4.00 w dniu 10 kwietnia przez kpt. Arkadiusza Protasiuka, był to lot o numerze PLF-101-M-I o statusie HEAD, gdzie PLF oznacza Siły Powietrzne RP, 101 – numer statku powietrznego lub szczegółowy numer lotu, M – lot o charakterze wojskowym, I – lot według procedur instrumentalnych, zaś HEAD – obecność prezydenta, premiera, marszałka Sejmu lub Senatu na pokładzie maszyny.
Innymi słowy, lot do Smoleńska był lotem wojskowym, ponieważ tak zakładał plan lotu. Tym samym kontrolerzy ruchu lotniczego i wszyscy członkowie załogi tupolewa mieli świadomość i przeświadczenie, że jest to lot wojskowy – począwszy od zapuszczenia silników na lotnisku w Warszawie, aż do planowanego ich wygaszenia na płycie lotniska w Smoleńsku. A w rzeczywistości – do momentu ostatecznej dezintegracji konstrukcji samolotu w wyniku katastrofy.
Czy dla określenia charakteru lotu ma znaczenie fakt, że na pokładzie znajdował się zwierzchnik Sił Zbrojnych RP, kraju NATO?
– Podstawą jest plan lotu. Sama konwencja dotyczy tylko statków powietrznych cywilnych i z tego powodu nie może się odnosić do naszego Tu-154, który takim statkiem nie był. Pozostałe kwestie tylko potwierdzają absurdalność oficjalnych ustaleń. Na pokładzie poza prezydentem Lechem Kaczyńskim znajdowało się też siedmiu czynnych generałów NATO. Wszyscy członkowie załogi samolotu to byli czynni oficerowie i podoficer Sił Zbrojnych RP, a jego obsługę (stewardessy) stanowiły czynne pracownice wojska. Samolot był statkiem powietrznym wojskowym, na stanie Sił Powietrznych RP, więc gdy pada pytanie o status lotu, należy odpowiedzieć, że był to lot wojskowy. Jakiekolwiek próby zmiany statusu lotu po jego katastrofie są niedopuszczalne i karygodne. Wypowiedź pana Edmunda Klicha, jakoby samolot był wojskowym tylko w ostatniej fazie lotu, jest niezgodna z prawdą i może być tłumaczona tylko złą wolą polskiego akredytowanego.
W dni u katastrofy prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew złożył ustną deklarację poprowadzenia wspólnego śledztwa przez prokuraturę polską i rosyjską. Ale premier Donald Tusk nie przypilnował, żeby stała się ona wiążącą obie strony umową.
– Ta deklaracja złożona premierowi RP w rozmowie telefonicznej w myśl prawa międzynarodowego na zasadach tzw. Gentleman’s Agreement jest wiążąca i pociąga za sobą skutki prawne. Donald Tusk z nieznanych przyczyn pozwolił na niedochowanie zawartej umowy, zastępując ją kolejną, niekorzystną dla Polski. Nie jest prawdą, jakoby umowa złożona ustnie, bez odpowiednika pisemnego, nie była umową w myśl międzynarodowego prawa publicznego, ponieważ na opisanej powyżej zasadzie deklaracje osób reprezentujących kraj, a taką jest prezydent, w ramach ustnego uzgodnienia (także w toku rozmowy telefonicznej), rodzą określone skutki prawne. Są także inne opinie prawników na ten temat, z którymi jednak osobiście się nie zgadzam, gdyż często głoszone są one przez teoretyków i niezgodne z praktyką dyplomatyczną wyrażającą się w kazusach międzynarodowego prawa publicznego.
Zadziwiająco szybko za to zdecydowano, że organem prowadzącym postępowanie będzie rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy…
– I był to fatalny wybór. Mamy bowiem oto sytuację, że oficjalnym organem prowadzącym badanie przyczyn katastrofy został MAK, który jest organizacją nieposiadającą uprawnień do badania katastrof samolotów wojskowych.
Kto wysunął inicjatywę takiej formy dochodzenia?
– Wspomniany już w naszej rozmowie gen. Aleksy Morozow, zastępca szefowej MAK gen. Tatiany Anodinej. Było to 10 kwietnia, podczas nieoficjalnej rozmowy z płk. Edmundem Klichem, a więc tuż po katastrofie. Od początku też przewidywalny był charakter śledztwa, ponieważ MAK – jako najwyższa władza lotnicza Federacji Rosyjskiej – dokonuje certyfikacji samolotów, sprzętu lotniczego, remontów, zakładów lotniczych, norm hałasu i emisji spalin, a także sprzętu radiotechnicznego i oświetleniowego. Jasne więc jest, że wydając szereg certyfikatów zakładowi, który wykonał remont generalny maszyny – nadzorując pośrednio jej remont i certyfikując ją samą wraz z wyposażeniem, projektem, biurem konstrukcyjnym i zakładem producenta – MAK nie może zachować obiektywizmu śledztwa.
Skoro nie może, to ostateczne ustalenia MAK dotyczące przyczyn katastrofy siłą rzeczy będą niewiarygodne…
– To logiczne. W tym układzie brakuje nam możliwości zapewnienia sobie wpływu na obiektywizm werdyktu komisji. MAK jest organizacją międzynarodową. Po zakończeniu śledztwa wyda raport końcowy w formie rezolucji ADREM, od którego nie będzie odwołania. Nie będzie także możliwości odzyskania większości dowodów rzeczowych, którymi są m.in. materiały, analizy i wyniki badań MAK. Nie będzie też możliwości odtworzenia tych materiałów.
Zasygnalizował Pan problem złego doboru organu prowadzącego dochodzenie w Federacji Rosyjskiej. A przecież błędy pojawiły się także w przypadku wyboru przepisów, według których jest ono prowadzone.
– I ta kwestia – czyli niewłaściwego wyboru podstawy prawnej śledztwa – znalazła się w naszym katalogu. Zgodnie z tym, co ustaliliśmy, bez względu na okoliczności, katastrofa smoleńska nie może być rozpatrywana według konwencji chicagowskiej, ponieważ stanowi ona jasno w artykule 3 podpunkt “a”: “Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś do statków powietrznych państwowych”. W podpunkcie “b” czytamy zaś: “Statki powietrzne używane w służbie wojskowej, celnej i policyjnej uważa się za statki powietrzne państwowe”.
Badanie katastrofy w oparciu o tę konwencję jest z tych właśnie powodów nielegalne. Ponadto nie ma możliwości dopasowania zasad tragicznego lotu Tu-154M do zasad tej konwencji.
Dlaczego?
– Chociażby dlatego, że wbrew załącznikowi pierwszemu konwencji załoga lotu nie posiadała licencji cywilnych, a więc nie pasowała do oficjalnej definicji członka załogi według Organizacji Międzynarodowego Lotnictwa Cywilnego (ICAO), którym może być jedynie osoba licencjonowana. Badając katastrofę według konwencji i jej 13 załącznika, należałoby więc uznać, że samolot Tu-154M… nie miał załogi!
Jeśli zatem nie konwencja chicagowska, to co?
– Podstawą prawną śledztwa powinno być Porozumienie między Ministerstwem Obrony Narodowej Rzeczypospolitej Polskiej i Ministerstwem Obrony Federacji Rosyjskiej w sprawie zasad wzajemnego ruchu lotniczego wojskowych statków powietrznych Rzeczypospolitej Polskiej i Federacji Rosyjskiej w przestrzeni powietrznej obu państw, podpisane 14 grudnia 1993 roku. W artykule 11 stanowi ono, iż katastrofy lotnicze polskich statków powietrznych wojskowych na terenie Rosji (a więc także polskiego Tu-154M) powinna badać wspólna komisja wojskowa.
A czy strona polska była w odpowiednim stopniu zaangażowana w postępowaniu MAK? Po pieśniach pochwalnych na cześć doskonałej współpracy z Rosjanami na koniec usłyszeliśmy z ust akredytowanego Klicha, że nie otrzymamy wielu istotnych dokumentów…
– Przede wszystkim wybrano niewłaściwą osobę na stanowisko reprezentanta Polski w postępowaniu Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Zaprosił go do niego przywoływany już przez nas wiceprezes MAK gen. Morozow. To ewidentny błąd, że nie został on wyznaczony przez polski rząd, jak być powinno.
Poza oficjalnym przedstawicielem akredytację posiada kilkanaście innych osób. Jednakże z inicjatywy oficjalnego przedstawiciela katastrofę bada się według nieprawidłowej podstawy prawnej, co wykorzystano do odrzucenia kilkunastu pozostałych akredytacji.
Nie zapewniono sobie także – na podstawie artykułu 5.1 załącznika 13 konwencji chicagowskiej – prawa do przejęcia przez Polskę części lub całości śledztwa po katastrofie, pomimo że artykuł ten daje taką możliwość. W punkcie 5.1 czytamy bowiem: “Państwo miejsca zdarzenia podejmuje badanie okoliczności wypadku i ponosi odpowiedzialność za prowadzenie takiego badania. Może ono jednak przekazać, w całości lub w części, prowadzenie badania innemu państwu na podstawie dwustronnej umowy. W każdym przypadku Państwo miejsca zdarzenia powinno wykorzystać wszelkie dostępne środki pomocy w prowadzeniu tego badania”.
Kto, Pana zdaniem, powinien przejąć kompetencje akredytowanego?
– W związku z brakiem zrozumienia polskiego rządu wobec ducha i problematyki prawa międzynarodowego (np. według Edmunda Klicha – prawnik, minister infrastruktury Cezary Grabarczyk, któremu podlega administracja lotnicza, nie posiadał wiedzy na temat treści konwencji chicagowskiej!) znacznie lepszym akredytowanym byłby ktoś, kto taką wiedzę zgłębił. Moim zdaniem, kimś takim jest np. prof. Marek Żylicz, wybitny autorytet międzynarodowy, ekspert ICAO z zakresu międzynarodowego prawa lotniczego, z którym miałem przyjemność współpracować w PLL LOT. Jest on także poliglotą, autorem licznych publikacji, człowiekiem, który brał udział w tworzeniu międzynarodowego prawa lotniczego, a obecnie zasiada w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych.
Do 13 kwietnia w Smoleńsku pracował zespół Inspektoratu MON ds. Bezpieczeństwa Lotów. Jego szefem był płk Mirosław Grochowski, a jego zastępcą – Edmund Klich.
– To istotne, że pierwotnie najwyższym polskim przedstawicielem w dochodzeniu smoleńskim był znacznie bardziej profesjonalny od obecnego akredytowanego i – co najważniejsze – zachowujący powściągliwość i stabilność w wypowiedziach publicznych i zachowaniu na miejscu katastrofy płk Mirosław Grochowski. Jednak na skutek działań nowego polskiego akredytowanego płk Grochowski został najpierw jego podwładnym, a następnie – na skutek błędnej decyzji rządu – powrócił do kraju, by objąć mało eksponowane stanowisko zastępcy szefa polskiej komisji, pracującej na dowodach wtórnych dostarczonych przez stronę rosyjską.
Edmund Klich też już wrócił z Moskwy – na wyraźne życzenie Rosjan i bez wielu dokumentów, o które występował. Za to nie zwlekając, urządził konferencję prasową i udzielił kilku wywiadów na temat swojej nowej książki o… katastrofach lotniczych. Ma nawet dopisać rozdział o Smoleńsku. Przyznam, że pomyślałam na tej konferencji: to nie książkę miał pisać, ale patrzeć Rosjanom na ręce.
– Polski akredytowany zatracił cechujące go na co dzień cechy charakteru i stał się celebrytą promującym przede wszystkim napisaną przez siebie książkę i w tym celu wypowiadającym się kontrowersyjnie na konferencjach prasowych. Zasadna wydaje się ocena, że celem działań pana Edmunda Klicha jest “podnoszenie larum”, by w ten sposób znaleźć się w centrum uwagi i najprawdopodobniej mieć zysk finansowy ze sprzedaży swojej książki. Ponadto akredytowany Klich nie pełni w Rosji swoich obowiązków.
Są na to dowody?
– Owszem – to oficjalne oświadczenia MAK. Klich nie złożył jeszcze ani jednego wniosku dotyczącego śledztwa na forum grupy dochodzeniowej ani Komisji Technicznej MAK. A więc nie uczestniczy w śledztwie, co też obwieścił oficjalnie rzecznik prasowy MAK. Widać więc, że zachowanie polskiego akredytowanego nie jest zgodne z załącznikiem 13, na którym – jak niewłaściwie sugeruje on opinii publicznej – ma opierać swoje postępowanie, ponieważ wbrew woli kraju prowadzącego śledztwo dokonał on ujawnienia kluczowych dla śledztwa informacji, w tym rozważanych hipotez na temat przyczyn katastrofy, a także informacji o domniemanej obecności w kokpicie gen. Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP. Tym samym nie tylko jako przedstawiciel Polski świadomie pogwałcił artykuł 6.2 załącznika 13, ale także doprowadził do fali medialnych spekulacji, wyjątkowo przykrych dla rodziny i wszystkich osób, które znały śp. gen. Błasika. W związku z powyższym powinien mu zostać postawiony zarzut ujawniania informacji z postępowania przygotowawczego bez zgody prokuratury, zgodnie z obowiązującym kodeksem karnym.
Są jeszcze inne zaniedbania, które wyszczególniła grupa ekspercka?
– Niestety tak. Otóż ważny jest także afront wobec Rosji i okazanie lekceważenia wobec śledztwa – a to za sprawą powołania na stanowisko przewodniczącego polskiej komisji osoby o randze niższej niż odpowiednik rosyjski. Przewodniczącym polskiej komisji rządowej – Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego, został mianowany płk Edmund Klich, na co dzień głowa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Tymczasem w Rosji to samo stanowisko objął premier Władimir Putin. W dyplomacji, gdzie obowiązuje zasada “réciprocité” (fr. wzajemność, obopólność), jest to oznaka lekceważenia dla strony rosyjskiej. Był to wręcz wyraźny “sygnał” w języku dyplomatycznym, że strona polska nie przywiązuje specjalnej wagi do wyjaśnienia przyczyn katastrofy.
Edmund Klich, na skutek swoich kontrowersyjnych wypowiedzi medialnych, 28 kwietnia zrezygnował z tego stanowiska i objął je wówczas minister spraw wewnętrznych Jerzy Miller. Jednak i on w dalszym ciągu nie stanowi pełnoprawnego odpowiednika premiera rosyjskiego i tym samym w dalszym ciągu ma miejsce sytuacja lekceważenia rosyjskiego śledztwa przez rząd RP.
Wprawdzie na czele Międzyresortowego Zespołu ds. Koordynacji Działań Podejmowanych w Związku z Tragicznym Wypadkiem pod Smoleńskiem stoi premier Donald Tusk, ale brak jest jakichkolwiek informacji na temat ewentualnej aktywności tego powołanego 11 kwietnia gremium, w przeciwieństwie do Komisji Rządowej Federacji Rosyjskiej.
Premier Tusk jakoś nie korzysta ze swojej domniemanej wiedzy z zakresu prawa międzynarodowego…
– Rzeczywiście. Być może zawiedli go doradcy, wśród których nie ma takich ekspertów, jak chociażby Ernest Kucza, Józef Klasa, Józef Wiejacz, Roman Czyżycki czy Marek Wawrzyniak, z którymi miałem zaszczyt studiować, a których kanonów sztuki dyplomatycznej uczył m.in. prof. Manfred Lachs – były przewodniczący Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w Hadze.
Jest też coraz więcej pytań dotyczących obecności w wieży kontroli lotów na Siewiernym “trzeciej osoby”, co do której już w czerwcu spekulowano, że jest funkcjonariuszem rosyjskich służb specjalnych. FSB “naprowadzała” tupolewa?
– To bardzo ważny wątek. Nie wyjaśniono roli płk. Nikołaja Krasnokutskiego i nie została ujawniona treść jego – niezwykle ważnej z punktu widzenia śledztwa – konsultacji z dowództwem o kryptonimie “Logika“. Rosjanie starają się wyraźnie uzyskać pozycję, w której lotnisko zostanie uznane za wojskowe, nagrania z wieży i całe tamtejsze wyposażenie za wojskowe i tajne, natomiast procedury panujące na lotnisku za cywilne i nieobciążające kontrolerów lotów, a jedynie pilotów za decyzję o wykonaniu podejścia do wysokości 100 m powyżej lotniska.
Może chociaż tzw. czarne skrzynki z Tu-154M zabezpieczono prawidłowo?
– W tym obszarze trzeba wskazać na szereg poważnych zaniedbań. Biuro Ochrony Rządu, polskie służby dyplomatyczne i biuro attaché wojskowego obecne na lotnisku dopuściły do przejęcia przez Rosjan naszych czarnych skrzynek i do przechowywania ich bez wiedzy Polaków przez okres od pięciu do dziewięciu godzin – do momentu przylotu z Warszawy kolejnego samolotu specjalnego Jak-40, którego załoga wykonała lądowanie w Smoleńsku około godz. 20.00. W tym czasie doszło do przesunięcia taśmy w rejestratorze, co najprawdopodobniej nie było skutkiem zderzenia z ziemią. Ponadto sama lokalizacja czarnych skrzynek była bajecznie prosta, także ze względu na ich charakterystyczną barwę – dokonał jej nawet Sławomir Wiśniewski, pracownik TVP, który sfilmował i rozpoznał czarną skrzynkę około godziny 11.00. Tymczasem strona rosyjska przez dłuższy czas utrzymywała, że ich nie może odnaleźć.
Kiedy wreszcie przyznano, że zostały odnalezione, to jakie były możliwości ich zbadania?
– Samo podjęcie czarnych skrzynek przez Rosjan nie było zgodne z duchem konwencji chicagowskiej z 1944 r. (państwo miejsca zdarzenia zobowiązane jest do niepodejmowania czarnych skrzynek do momentu przybycia przedstawicieli kraju operatora, w tym wypadku Polski). Załącznik 13 dopuszcza badanie kluczowych dowodów, w tym czarnych skrzynek, na wniosek kraju operatora, przez “przedstawiciela organu sądowego” – celem “ochrony wiarygodności badań”. Nie skorzystano z tej możliwości. Złamano też postanowienia rozdziału 5, punkt 5.12 o nieujawnianiu informacji, czym właśnie była publikacja stenogramów oraz wypowiedzi medialne, w których przoduje płk Klich. Chciałbym też zwrócić uwagę, że w internecie opublikowano jedynie niestaranny skan kopii odpisu treści czarnych skrzynek, m.in. niepodpisany przez osobę identyfikującą głosy (ppłk. Bartosza Stroińskiego).
Gdzie powinny być przechowywane czarne skrzynki, żeby uniknąć podejrzeń, że działo się z nimi coś niedobrego?
– Depozyt czarnych skrzynek został wyznaczony w nieodpowiednim miejscu, ponieważ na terenie eksterytorialnym, w siedzibie MAK, niedostępnej bez specjalnego zezwolenia ani dla władz polskich, ani dla rosyjskich. Znacznie lepszym miejscem depozytu byłby sąd rosyjski, innego państwa lub międzynarodowy.
Co istotne, zabezpieczenie czarnych skrzynek w sejfie opatrzonym “plombą” papierową z pieczęcią urzędową RP nie stanowi żadnej gwarancji niedostępności ich dla strony rosyjskiej bez przedstawiciela Rzeczypospolitej Polskiej, ponieważ modyfikacja “plomby” papierowej jest niezwykle prosta – polega na odklejeniu “plomby” i przyklejeniu identycznej w jej miejsce.
Czy podczas badań czarnych skrzynek zapewniono ich należyty nadzór?
– Nie, ponieważ w badaniach tych, zgodnie z podpisami pod protokołem odpisu stenogramu rejestratora głosu CVR (Cocpit Voice Reocrder), uczestniczyło jedynie dwóch Polaków, spośród których tylko jeden był ekspertem, a drugi pilotem. Poza tym nie ma możliwości fizycznego zapewnienia całodobowego nadzoru całości badań i czynności przechowywania trzech czarnych skrzynek przez dwie osoby.
Dysponujemy jedynie kopiami tych nagrań, nie wiadomo, czy kiedykolwiek odzyskamy oryginały. Stąd pytanie – czy można te kopie uważać za wiarygodne?
– Są co do tego wątpliwości. Faktem jest, że nie dochowano należytego reżimu technologicznego przy badaniach czarnych skrzynek, ponieważ na nagraniach z Moskwy widać, że pierwszym etapem badania taśmy było przegranie jej na prymitywnym magnetofonie szpulowym na płyty CD, by uzyskać niskiej jakości kopię, a dopiero na niepełnowartościowej kopii pracowali specjaliści. Nie przeprowadzono badań w Polsce, która obok Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii posiada najlepsze zaplecze technologiczne do badań z zakresu fonoskopii, poparte sukcesami doświadczenie w tej dziedzinie i oprogramowanie lepsze niż posiadane przez MAK.
Strona polska nie zapewniła sobie kopii nagrań przed zamknięciem ich w sejfie…
– I w efekcie minister Jerzy Miller musiał specjalnie pojechać do siedziby MAK, aby odebrać pojedynczy egzemplarz kopii nagrania rejestratora, którego historia pokazuje, iż nie może ono być uznane za wiarygodne odzwierciedlenie rzeczywistej sytuacji w kokpicie (eksperci wykryli circa 30 błędów dyskwalifikujących wiarygodność stenogramu).
Jakich?
– Niemożliwe jest wykrycie czterech dźwięków na tej samej częstotliwości z podziałem co do 0,1 s, czego dokonali Rosjanie. Nie jest możliwe, by nawigator mówił pięciokrotnie dwie rzeczy jednocześnie, co Rosjanie wysłyszeli; nie jest też możliwe, aby trzy drzewa w dużej odległości od siebie zlały się w jeden dźwięk. A wreszcie, gdyby przełożyć wypowiedzi w stenogramie na język matematyki i naszkicować krzywą opadania Tu-154, można zauważyć, że jego silniki musiałyby mieć moc porównywalną do promu kosmicznego, by w ciągu 4 s wyjść z opadania 20 m/s i przejść do lotu poziomego, kosząc drzewa. Operat Tu-154 przeczy temu i mówi, że trajektoria samolotu musiała być inna. Ostatnie 16 s (po które dodatkowo jeździł pan Miller) uwiarygodnia podejrzenia manipulacji.
Jak Rosjanie traktują dowody rzeczowe? Wrak tupolewa do dziś jest nieosłonięty, choć – co symptomatyczne – na kilka dni przed pielgrzymką rodzin ofiar Rosjanie zaczęli gwałtownie wysyłać sygnały, że zostanie nad nim wykonane zadaszenie.
– Dowody rzeczowe w śledztwie smoleńskim są przechowywane i badane z oczywistym pogwałceniem załącznika 13 do konwencji chicagowskiej, co ujawnił m.in. niedawny program “Misja specjalna” w TVP. Pokazano w nim wstrząsające nagrania z miejsca katastrofy. Jeszcze przed badaniem wraku (gdy na miejsce przybywały drewniane trumny) pozostałości samolotu zgniatał buldożer, oficer rosyjski wybijał szyby w samolocie, a pracownicy ministra ds. nadzwyczajnych Siergieja Szojgu w oficjalnych służbowych uniformach niszczyli za pomocą przecinaków hydraulicznych przewody elektryczne i hydrauliczne, kluczowe dla wyjaśnienia przyczyn katastrofy, a także uszkadzali mechanizację skrzydeł piłami tarczowymi. Elementy wraku były wielokrotnie z dużą siłą przewracane przez ciężki sprzęt, by pogłębić wrażenie całkowitej destrukcji samolotu i uniemożliwić zbadanie wraku w kierunku wykrycia usterek, takich jak chociażby uszkodzenie hydrauliki pokładowej przez silnik nr 2 w wyniku oblodzenia. Aktualnie nie ma już możliwości sprawdzenia, czy coś takiego mogło mieć miejsce.
Dlaczego, Pana zdaniem, właśnie tak postąpiono z Tu-154M? Nie podjęto nawet próby jego odtworzenia…
– Wrak samolotu nie został odtworzony, lecz ułożony niechlujnie w kształt maszyny na płycie betonowej i pozostawiony na pastwę wszelakich czynników pogodowych w celu pogłębienia jego uszkodzeń przez naturalną korozję. Odsłonięte elementy maszyny posiadają znacznie większą wrażliwość korozyjną niż samolot w całości. Ponadto na skutek uszkodzenia powierzchni ochronnych wszędzie, gdzie takie uszkodzenia nastąpiły, zachodzi różnica potencjałów potęgująca korozję.
Szczególnym uszkodzeniom podlegają elementy ruchome (mechanizacja), mechaniczne części silników (w znacznej mierze z metali korodujących), elektronika i przewody hydrauliczne – elementy te zostały wcześniej uszkodzone na miejscu zdarzenia.
Czy jednak tylko samolot jest dowodem, którego śledczy nie umieją zbadać nieinwazyjnie?
– Skądże. Prokuratura Wojskowa RP dążyła do spalenia odzieży ofiar katastrofy, na co uzyskała zgodę Naczelnego Inspektora Sanitarnego i nawet części rodzin ofiar. Nie wiadomo, czy i jaką część przedmiotów z samolotu spalono. Doniesienia medialne w tej sprawie są niepokojące. Nastąpiło także wycięcie drzew naruszonych przez samolot Tu-154M.
Jakie to ma znaczenie dla śledztwa?
– Ogromne. Nie ma obecnie możliwości weryfikacji, pod jakim kątem samolot je uszkodził, a więc czy i w jakim stopniu był sterowny, czy nie nastąpiło równomierne lub nierównomierne przeciągnięcie. Nie ma możliwości sprawdzenia, czy brzoza o średnicy nieprzekraczającej 7 promili rozpiętości skrzydeł rzeczywiście uszkodziła skrzydło i czy rzeczywiście odpadła jego końcówka. Nie ma wreszcie możliwości potwierdzenia obrotu samolotu i ewentualnej, a zarazem wysoce nieprawdopodobnej półbeczki samolotu. Takie sytuacje, owszem, występują – przykładem jest przebieg katastrofy samolotu typu bryza Marynarki Wojennej w 2009 roku. Ale wtedy zarówno okoliczności, jak i masa samolotu były diametralnie odmienne od sytuacji, która miała miejsce w Smoleńsku. Przyczyną obrotu samolotu było wówczas nierównomierne przeciągnięcie, działanie tylko jednego silnika i jednoczesny kontakt z drzewem, które zamknęło slot jednego skrzydła. Samolot wszedł jednak w przeciągnięcie ze znacznym przechyleniem (powyżej krytycznego poziomu, który w Tu-154 z TAWS wiązałby się z wystąpieniem ostrzeżenia typu “Bank angle! Bank angle!”), co właśnie należy uważać za główną przyczynę półbeczki. Inna była także aerodynamika samolotu – którego układ płatowca (górnopłat) w znaczący sposób kontrastuje z dolnopłatem, jakim jest tupolew.
Jeśli zaś chodzi o wypadek Tu-154M, z pewnością nie dokonano ponownej analizy aerodynamicznej opisu wypadku z dnia 26 września 2006 r., kiedy – jak powiedzieli mi moi rosyjscy koledzy – samolot Tu-154M z linii lotniczych Kirgystan (które nosiły wtedy jeszcze nazwę Altyn Air) w czasie rozbiegu na drodze startowej uderzył skrzydłem prawym w silnik lewy strategicznego tankowca powietrznego typu Boeing KC-135, wykonującego postój w trakcie międzylądowania w ramach misji NATO. W wyniku kolizji oderwała się końcówka skrzydła – nie mniejsza od naszego 101. Samolot Tu-154 nie wykonał jednak beczki, lecz bez żadnych problemów oderwał się od ziemi, wyszedł na wysokość kręgu nadlotniskowego, a następnie załoga wykonała lądowanie awaryjne bez ofiar i dalszych uszkodzeń samolotu. Lot z uszkodzonym skrzydłem trwał kilka minut, co kontrastuje z 5-sekundowym czasem domniemanego obrotu Tu-154M 101.
Komisja badająca przyczyny katastrofy polskiego samolotu nie przeanalizowała najwyraźniej tamtego wypadku, bo w przeciwnym razie nie przyjęłaby za pewnik możliwego obrotu maszyny w półbeczce, co miałoby nastąpić po uszkodzeniu skrzydła.
Czy w toku postępowania wykorzystano zdjęcia satelitarne przekazane przez Amerykanów?
– Jak donoszą media, 29 kwietnia Centralna Agencja Wywiadowcza USA poinformowała Agencję Wywiadu RP o tym, iż katastrofa Tu-154 i jego przelot od granicy białoruskiej został zarejestrowany przez satelitę systemu rozpoznawczego Sił Powietrznych USA. O nagranie (umożliwiające odtworzenie trajektorii lotu i przebiegu katastrofy) zwróciła się do Departamentu Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych polska prokuratura. Jak oświadczył minister Jacek Cichocki, sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych, nagranie to zostało przekazane Polsce.
Jakie były jego dalsze losy?
– Nie wiadomo. Czy zbadała je polska komisja? Czy też – tak jak polska czarna skrzynka typu QAR – zostało przekazane do Moskwy, by zamknąć je w “eksterytorialnym sejfie” generał Anodinej, nie zapewniając sobie nawet kopii – tak jak w przypadku skrzynek CVR i FDR? Na to pytanie możemy nie poznać odpowiedzi.
Jest więcej takich pytań?
– Tak. Nie wiadomo chociażby, jaki wpływ na bezpieczeństwo ostatniego lotu o numerze PLF-101 miały wcześniejsze usterki maszyny obejmujące wszystkie systemy nawigacji, z których korzystano w Smoleńsku. Przy czym systemy te uległy awarii podczas jednego lotu. Doszło także do 16 innych poważnych awarii i usterek, które w ramach gwarancji usuwała ekipa rosyjskich specjalistów (po remoncie), w tym lądowania awaryjnego w Warszawie i osławionej grupy poważnych usterek na lotnisku w Puerto Rico.
Film z miejsca katastrofy, oglądany w internecie przez miliony osób, okazał się ważnym dowodem?
– Na jego temat dotychczas także rozstrzygająco się nie wypowiedziano. To nagranie przedstawia wrak samolotu oraz niewielkie ognisko otwartego pożaru w pobliżu skrzydła. W ścieżce dźwiękowej obecne są trzy strzały, odgłos przeładowania broni oraz liczne zdania w języku rosyjskim i języku polskim, których autorami byli mężczyźni i kobieta. Według posła Antoniego Macierewicza, autentyczność ścieżki dźwiękowej potwierdziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Film sprawia wrażenie autentycznego i został nagrany telefonem komórkowym przez naocznego świadka, natychmiast po katastrofie. Nie wiadomo natomiast, czy śledczy ustalili, do kogo lub w jakim celu strzelano. Wiadomo jedynie, że strzałów nie oddali funkcjonariusze BOR, a amunicja funkcjonariuszy w samolocie nie wybuchła – w komplecie wróciła do Mińska Mazowieckiego.
Autentyczność nagrania i stosunek do niego potwierdził niedawny program “Misja specjalna”, z którego wynika, że ani polscy, ani rosyjscy śledczy nie są zainteresowani przesłuchaniem autora, który chodzi i ze słowiańskim uśmiechem udziela wywiadów (to jeden z trojga domniemanych autorów filmu, inny z nich nie żyje). Ponadto nie przebadano i nie zabezpieczono szeregu innych nagrań z miejsca zdarzenia.
Przyjęty sposób badania lotniska nie okazał się skuteczny. Wręcz przeciwnie, do tej pory na miejscu odnajdywane są fragmenty ciał ofiar.
– Zabezpieczenie terenu katastrofy budzi wiele wątpliwości, ponieważ pozostawiono na nim szereg szczątków ludzkich i elementów samolotu. Rodzi to ryzyko utraty dowodów rzeczowych, a także bezczeszczenia zwłok. Przez wiele dni teren nie był zabezpieczony w ogóle, a obecnie zabezpieczony jest niedostatecznie.
Co konkretnie zaniedbano?
– Nie dopełniono czynności precyzyjnego skatalogowania i przygotowania precyzyjnej dokumentacji kartograficznej, geodezyjnej i archeologicznej miejsca zdarzenia, co jest standardem w państwach zachodnich. Brakowało przeszukania terenu z podziałem na sektory, zabezpieczenia go przed osobami postronnymi. Pozostawienie na miejscu dowodów nie ma precedensu w praktyce badania katastrof dużych samolotów pasażerskich w państwach cywilizowanych. Należy także zastanowić się, czy stwierdzenie generał Anodinej o rzekomym wykonaniu “bezprecedensowego w praktyce międzynarodowej zakresu prac” nie jest przypadkiem objawem oszczędnego gospodarowania prawdą. Brak zabezpieczenia terenu stwarza nieodparte wrażenie niszczenia dowodów i celowego zacierania śladów.
Nie wysłano też do tej pory na miejsce zapowiedzianej ekipy polskich archeologów. Mało tego, jej niedoszły kierownik, prof. Marek Dulinicz poniósł śmierć w wypadku. Dopiero w środę wyjechała tylko “grupa rekonesansowa”.
Istotnym wątkiem śledztwa powinno być zbadanie lotu Iła-76, który próbował wylądować na Siewiernym przed naszym tupolewem.
– Tymczasem nie mamy w dalszym ciągu wiedzy na temat postępowania załogi Iła-76. Co to był za samolot? W jakim celu lot ten zmierzał do Smoleńska? Jeśli planowo miał wylądować po prezydencie RP, oznacza to, że nie przewoził rosyjskich funkcjonariuszy i że jego przeprowadzenie musiało być niezależne od organizacji wizyty. Jest więcej pytań w tej sprawie. Dlaczego załoga samolotu zlekceważyła wysokość decyzji i prawie dotknęła kołami pasa? Skąd determinacja załogi Iła-76, która dwukrotnie – według relacji świadków – wykonała podejście z próbą lądowania do bardzo małej wysokości, ryzykując życiem swoim i swoich pasażerów? Dlaczego samolot Ił-76 dwukrotnie nie trafił w pas startowy, dlaczego kontrola lotów nie zamknęła po tym lotniska, co było w zakresie ich podstawowych obowiązków, gdzie odleciał ten samolot? Kto w stenogramie melduje po rosyjsku o zakończeniu zrzutu? Co wobec tego zrzucano? Nie ma wciąż żadnych informacji o przeprowadzeniu przesłuchania załogi iła, nie ma też pokładowego rejestratora rozmów.
Strona rosyjska do tej pory nie przekazała nam protokołów sekcji zwłok ofiar. Istnieje też ewentualność, że nie będą one mogły być wykorzystane jako materiał dowodowy.
– To poważny mankament. W sekcjach nie uczestniczyli polscy patomorfolodzy, chociaż minister zdrowia Ewa Kopacz co innego mówiła w Sejmie. Nie wiadomo, dlaczego posłużono się polskimi patomorfologami do wydawania zwłok po rosyjskich sekcjach bez udziału Polaków. Być może chodziło o uzyskanie wrażenia, że to Polacy przeprowadzali sekcję. Jeśli tak, rzetelność sekcji rosyjskich budzi wiele zastrzeżeń. Sekcje zwłok są przecież według prawa obowiązkowe w sytuacjach nagłych katastrof i stanowią one jeden z najważniejszych dowodów w sprawie.
Dlatego niektóre rodziny ofiar domagają się ekshumacji ciał swoich najbliższych. Jest wśród nich Beata Gosiewska, wdowa po Przemysławie Gosiewskim, wicepremierze w rządzie PiS.
– Nie ma pewności, czy identyfikacja wszystkich zwłok i fragmentów zwłok była trafna. Na prośby o ekshumację zwłok posła Gosiewskiego, którego garnitur wrócił do kraju, pomimo zapewnień, że pochówek nastąpił w nim, prokuratura zasłania się przepisem, że ekshumację przeprowadzić można tylko zimą. Oczekiwanie z ekshumacją do czasu, kiedy sezon grzewczy ruszy pełną parą, ma prawdopodobnie doprowadzić do większego postępu rozkładu zwłok, ponieważ z każdym dniem informacje, które można uzyskać przy sekcji zwłok, ulegają fizycznemu zatarciu wraz z rozkładem ciała i substancji w organizmie.
Nie wiadomo też, dlaczego rodzinom ofiar – wbrew przepisom – praktycznie zakazano otwierania trumien przed pochówkiem. Jest to niestety kolejna poszlaka wskazująca na próbę zatajenia faktycznego stanu ofiar i zatarcia śladów tragedii.
W pewnym momencie pojawił się także inny problem, a mianowicie zauważono, że nie wiadomo, gdzie jest dziennik pokładowy Tu-154M.
– To jedno z wielu takich odkryć. Pełnej dokumentacji, w tym dziennika pokładowego z wpisami dotyczącymi napraw i usterek, Rosjanie w dalszym ciągu nie przekazali. Nawet mimo że ich badania zakończyły się, śledztwo MAK jest już zamknięte. Nie wiadomo także, skąd na pokładzie Tu-154 wzięło się 14 tysięcy stron dokumentacji technicznej, w tym jedyne posiadane dokumenty jego remontu. Nie ustalono, kto odpowiada za tak skandaliczną sytuację.
Jeszcze żadna komisja nie ustaliła przyczyn katastrofy bez ustalenia nawet jej czasu. Znamy rzeczywisty czas katastrofy?
– Nie ustalono wiarygodnego czasu katastrofy. Na 7 sekund przed tragedią, o godzinie 8.39′8, samolot ściął przewody linii wysokiego napięcia, co zarejestrował system komputerowy elektrowni atomowej. O godzinie 8.38 zatrzymał się zegarek generała Andrzeja Błasika. Tymczasem rejestratory pokładowe jeszcze przez dwie minuty miały rejestrować rozmowy pilotów i parametry lotu, który dawno już uległ katastrofie. Skąd taka sytuacja się wzięła, nie wiemy. Nie wiemy także, dlaczego wcześniej opóźniano katastrofę jeszcze bardziej, bo o 15 minut, i czy miało to związek z próbą udowodnienia przez ministra Szojgu (minister Szojgu podawał jako godzinę katastrofy 8.56 i dotychczas jej nie sprostował), że załoga wykonywała podejście do lądowania wielokrotnie. Czas ustania zapisu na wydłużonej o jedną trzecią taśmie wykazuje godzinę 8.41.
Bez ustalenia prawidłowej, jedynej godziny katastrofy nie ma możliwości prawidłowego zestawienia danych CVR/FDR/QAR/rejestrator wieży kontroli.
Katalog zaniedbań należy chyba uzupełnić o ostatnie wypowiedzi polskiego akredytowanego, zresztą bardzo dobrze odebrane przez stronę rosyjską. Nie bez powodu portal partii Władimira Putina ogłosił, że “Polska bierze na siebie większą część winy za śmierć Kaczyńskiego”.
– Pułkownik Edmund Klich już w zasadzie przesądził o werdykcie MAK. W czasie swojej konferencji w sposób sprzeczny z konwencją z Chicago, jako polski obserwator przy MAK, podał w zasadzie wszystkie przyczyny katastrofy, w tym jednoznacznie winę załogi. W tej sytuacji jest rzeczą niemal niemożliwą, aby polska strona miała jakiekolwiek podstawy prawne do zgłoszenia ewentualnych zastrzeżeń kwestionujących zapowiadany na połowę października końcowy raport MAK. Pozostaje tylko nadzieja, że polskie prokuratury: Generalna i Wojskowa, będą kontynuowały śledztwo, które wyjaśni Polakom rzeczywiste przyczyny katastrofy.
Teza o winie pilotów była lansowana już 10 kwietnia. I już wiele tygodni temu przewidywał Pan, że MAK będzie układać swój raport w tym kierunku…
– Pilot mjr Arkadiusz Protasiuk po otrzymaniu rozkazu lotu wykonał lot i mógł przewidywać, że warunki meteo ulegną poprawie i uda mu się bezpiecznie wykonać lądowanie. Miał pełne, niezaprzeczalne prawo, zgodnie z przepisami i procedurami lotniczymi, zejść do wysokości decyzji i na podstawie własnej oceny na wysokości 100 m dokonać odejścia lub podjąć decyzję o lądowaniu. Ze stenogramu wynika, że próbował z tej wysokości odejść na drugi krąg, a więc nie ma mowy o jakiejkolwiek winie załogi. Nie są nam znane przyczyny niepowodzenia tego manewru, prawdopodobnie była to skrywana poważna samoczynna usterka techniczna silników lub systemów maszyny.
Dziękuję za rozmowę.

 

http://www.naszdziennik.pl/index.php?da … d=po01.txt

 

1 października

*******************************************************************************

ANATOMIA DEZINFORMACJI 1

Kto śledzi doniesienia medialne z ostatnich tygodni, nie musi czekać na zapowiadane przez premiera ujawnienie zapisów czarnych skrzynek z prezydenckiego Tupolewa, by dowiedzieć się, kto ponosi winę za smoleńską katastrofę i jakie były jej przyczyny.

Obowiązująca wersja zdarzenia pojawiła się już w godzinę po tragedii, gdy Władimir Żyrinowski objaśnił dziennikarzom radia „Kommiersant-FM”, iż pewną rolę w katastrofie mógł odegrać upór prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej?.
Niezależnie, choć w tym samym czasie, Wacław Radziwinowicz dziennikarz Gazety Wyborczej w wywiadzie dla Nowej Gaziety poinformował Rosjan, że gdy polski pilot odmówił lądowania na lotnisku w Tibilisi, powołując się na ekstremalnie trudne warunki, Kaczyński krzyczał na niego i straszył, a potem był wielki skandal, że pilot nie zastosował się do nakazu prezydenta. Pilot został wyrzucony ze służby i powrócił dopiero za czasów premiera Tuska. Nad Smoleńskiem mogło się zdarzyć właśnie coś takiego.

Synchronizacja tego wspólnego przekazu, jego całkowita irracjonalność i bezpodstawność świadczą, że mamy do czynienia tezą profesjonalnej dezinformacji. Wszystko zatem, co pojawiło się w przekazie strony rosyjskiej po 10 kwietnia miało za zadanie uprawdopodobnić przyjęte a priori założenie i wpisywało się w klasyczne metody operacji dezinformacyjnej.

Jej ślady, znajdziemy nawet w świadectwie dobrze poinformowanego prezydenta Białorusi, który trzy dni po katastrofie nie miał żadnych wątpliwości, co do przebiegu zdarzeń i stwierdził: „Wiadomo, kto za to odpowiada. Winny czy niewinny, ty jesteś prezydentem i ty za to odpowiadasz. I dlatego więc mówić, że winę ponoszą piloci, że oni zadecydowali o lądowaniu, jest niewłaściwe. Prezydent pyta, czy możliwe jest lądowanie, i ostatnie słowo i tak należy do niego, a pilot musi się podporządkować.
Już 10 kwietnia z ust wysokich rangą przedstawicieli państwa rosyjskiego usłyszeliśmy ostateczny werdykt w sprawie przyczyn smoleńskiej tragedii. Załoga prezydenckiego samolotu kilkakrotnie nie wypełniła poleceń kontrolera lotu? – informował zastępca szefa sztabu rosyjskich sił powietrznych gen. Aleksandr Aloszyn, dodając: ?Szef lotów polecił załodze ustawienie samolotu w położenie horyzontalne. Gdy załoga nie wykonała dyspozycji, kilkakrotnie wydał komendę, by samolot udał się na lotnisko zapasowe. Załoga – niestety – nie przerwała zniżania i wszystko skończyło się tragicznie?.

Natomiast szef Centralnego Okręgu Federalnego orzekł, iż ? Prawdopodobną przyczyną był błąd załogi?. Raport policji regionu smoleńskiego z dnia 10 kwietnia informował, że port lotniczy „Siewiernyj”, na którym miał lądować prezydencki samolot został zamknięty z powodu gęstej mgły, a pilot samolotu został poproszony o lądowanie w Mińsku lub Moskwie. Niestety, odmówił i zdecydował się na lądowanie w Smoleńsku, rozbijając maszynę podczas czwartej próby podejścia.?
11 kwietnia rosyjski portal newsru.com, relacjonując spotkanie płk. Putina ze sztabem operacyjnym, przytaczał słowa z-cy prokuratora generalnego Rosji Aleksandra Bastrykina, który orzekł, iż zapis rozmów pilotów Tu-154, który rozbił się pod Smoleńskiem wskazuje, że nie bacząc na zalecenia rosyjskiej strony, załoga polska postanowiła lądować . Zaś według rosyjskiego ministra transportu Igora Lewitina, pilot polskiego samolotu sam podjął decyzję o lądowaniu, pomimo że widoczność wynosiła zaledwie 400 metrów, choć niezbędne jest 1000 metrów – informowała agencja Interfax .

Powielająca natychmiast te rewelacje Gazeta Wyborcza nie dostrzegła żadnych sprzeczności, w zapewnieniach prokuratora Bastrykina o wnioskach płynących z zapisu rozmów pilotów, z informacją przekazaną przez ministra Lewitina, który najwyraźniej ?przedobrzył? i poinformował: ?Znaleźliśmy dwie czarne skrzynki, ale niczego nie dotykamy do czasu przyjazdu naszych kolegów z Polski?.

Nie ma chyba potrzeby przypominania wszystkich fałszywych informacji, rozpowszechnianych przez rosyjskie media i rosyjskich decydentów natychmiast po katastrofie. Jak wiemy, każda z nich utwierdzała polski rząd w przekonaniu, że tylko komisja pod kierunkiem płk. Putina daje gwarancję rzetelnego wyjaśnienia przyczyn śmierci polskiego prezydenta i towarzyszących mu 95 osób.
Warto jednak poświęcić uwagę wypowiedziom przedstawicieli władz polskich i rosyjskich, dotyczących zapisów z czarnych skrzynek prezydenckiego Tupolewa. Na ich przykładzie, można bowiem prześledzić, w jaki sposób rosyjska wersja przyczyn katastrofy staje się wspólnym stanowiskiem Rosji i Polski, pieczętując proces ?pojednania? nad grobami ofiar smoleńskiej tragedii.
Pierwsze wypowiedzi strony rosyjskiej, sugerujące winę pilotów i naciski ze strony prezydenta jednoznacznie wskazywały, że podstawowym materiałem dowodowym na uwiarygodnienie tej tezy mogą być tylko zapisy głosów z kabiny pilotów.

Z tej przyczyny, czarne skrzynki jako rejestratory głosu – musiały znaleźć się w posiadaniu Rosjan. Przekazanie Rosjanom trzeciej skrzynki, zamontowanej w Tupolewie przez Kontrwywiad Wojskowy było konsekwencją przyjętej strategii, nawet jeśli ta skrzynka nie służyła do zapisu rozmów. Wymagał tego jednak proces synchronizacji danych ?czyli spreparowania wypowiedzi z kabiny pilotów z poszczególnymi sekwencjami lotu, tak, by wykazać korelację zachowań członków załogi z głosami świadczącymi o rzekomych naciskach.

W myśl oczywistej prawdy, że tylko zmarli nie mogą się bronić, przyjęto najprostszą koncepcję obarczenia odpowiedzialnością osób, które znajdowały się na pokładzie samolotu. Co niemniej ważne ? ta koncepcja jest korzystna dla interesów grupy rządzącej i wpisuje się w wieloletni proces fałszowania przekazu na temat osoby prezydenta Kaczyńskiego. Z oczywistych, propagandowych względów jest również korzystna w kampanii wyborczej PO, pozwalając wzmacniać nastroje antykaczystowskie.

Jak w przypadku każdej kampanii dezinformacji, pierwszym jej elementem były cytowane powyżej spekulacje, mające na celu wstępne ukierunkowanie przekazu. Fakt, że 10 kwietnia i w dniach następnych każda, tego rodzaju wypowiedź była oczywistym nadużyciem, nie miał większego znaczenia. Istota dezinformacji polega przecież na wytworzeniu nowej rzeczywistości, czyli przedstawieniu rzeczy, jakie w ogóle nie zaistniały. Jeśli zatem Żyrinowski i Radziwinowicz wskazują natychmiast na winę prezydenta i pilotów, a media polskie i rosyjskie podejmują działania rezonansowe każda kolejna informacja w tym obszarze ma uzasadniać aprioryczną tezę. Spójrzmy jak ten proces postępował.

Pierwsze przekazy ze strony rosyjskiej świadczą, że przesłuchania czarnych skrzynek dokonano już w dniu 11 kwietnia. Tego dnia szef Komitetu Śledczego przy prokuraturze Rosji Aleksandr Bastrykin poinformował, że po wstępnym przeanalizowaniu nagrań rozmów pomiędzy pilotami a kontrolą lotów nie znaleziono żadnych wskazówek dotyczących problemów technicznych. Z tego samego dnia pochodzi informacja, iż ?Rosyjscy śledczy i polscy eksperci rozpoczęli badania „czarnych skrzynek” prezydenckiego samolotu. Eksperci ustalili, że taśma z zapisem parametrów lotów przemieściła się wewnątrz „czarnej skrzynki?.

By odbiorca nie miał wątpliwości, co do intencji Rosjan, rzecznik rządu Paweł Graś natychmiast podkreślił, że ?to polscy eksperci rozpoczęli badanie czarnych skrzynek, a Rosjanie czekali na polskich ekspertów z ich otwarciem.
Już 12 kwietnia, podczas konferencji prasowej Prokurator Generalny Andrzej Seremet ujawnił: ?Eksperci będą próbować wychwycić tło rozmów z kabiny i przedziału pasażerskiego, tak by ustalić czy padały jakieś sugestie wobec pilotów. Jednocześnie zastrzegł: – Na obecnym etapie śledztwa nie ma danych, z których wynikałoby, że na pilotów wywierano presję, by lądowali mimo trudnych warunków.
Na tej samej konferencji padają ważne słowa ze strony Naczelnego Prokuratora Wojskowego płk. Krzysztofa Parulskiego. Informuje on, że udało się odnaleźć trzecią czarną skrzynkę samolotu? idodaje ? ?przekazaliśmy ją do Moskwy, tej samej polsko-rosyjskiej grupie, która analizuje dwa poprzednie rejestratory?.Przypomnę, że chodziło o skrzynkę która rejestruje tzw. podwyższone parametry lotu i była własnością Kontrwywiadu Wojskowego.

Parulski potwierdza również, że wstępnie odczytano zapisy z dwóch wcześniej odnalezionych czarnych skrzynek, a pytany, czy można już wyciągnąć wnioski z ich zapisów powiedział, że „potwierdzenie w treści zapisów skrzynek znajduje wersja najbardziej prawdopodobna – odnośnie lądowania w trudnych warunkach atmosferycznych”.
Można zatem dostrzec, jak w dwa dni po katastrofie polscy śledczy zaczynają uczestniczyć w grze dezinformacyjnej Rosjan, formułując przekaz z którego wyłania się pożądana wersja zdarzeń.

Następnego dnia 13 kwietnia wiemy już, że ?nagrania sa już oczyszczane i zgrane na dyski. Będzie więc wiadomo, o czym rozmawiali piloci samolotu prezydenta, który w sobotę rozbił się pod Smoleńskiem. Materiał audio – zapisy wszystkich rozmów – udało się odzyskać z czarnych skrzynek . Technicy odczytali zapisy rozmów po angielsku (obowiązkowym języku w lotnictwie), rosyjsku i polsku. Będziemy więc wiedzieć, o czym rozmawiali piloci tuż przed katastrofą oraz to, czy ktoś coś do nich mówił w kokpicie maszyny. Za kilka dni będzie ogłoszony raport, kiedy będą przygotowane odczyty jak był pilotowany samolot i jak się w czasie lotu zachowywał?.Taką informację z ?anonimowego źródła? w polskiej prokuraturze przekazał Wprost.

Już wówczas byli jednak dziennikarze lepiej poinformowani, bo tego samego dnia telewizja TVN24 ogłosiła, że dotarła do ostatniej rozmowy załogi prezydenckiego Tu-154 z kontrolą lotów w Polsce i zaprezentowała fragment treści nagrań. Skąd TVN miał zapis z czarnej skrzynki lub z nasłuchu SKW ? pozostaje tajemnicą.
13 kwietnia szefowa Międzyrządowego Komitetu ds. Lotnictwa Tatiana Anodina oświadczyła, że odnaleziona dzień wcześniej trzecia czarna skrzynka zostanie odczytana w Polsce.

Potwierdził to prokurator Krzysztof Parulski, dodając, że „jest to patent polski i odczytane może być tylko w Polsce?. W TVP Info Parulski oświadczył : ?prace nad rejestratorem odbędą się jednak przy udziale strony rosyjskiej. – Stan techniczny tej skrzynki wskazuje, że jest ona sprawna technicznie i umożliwi nam odczyt? oraz ?odczyt pozostałych dwóch skrzynek potrwa co najmniej tydzień”.

Ostatnia informacja jest bardzo ważna, bo dotyczy realnego terminu, w jakim powinny zostać odczytane zapisy. Wówczas jednak, publikacja treści nagrań nastąpiłaby jeszcze w kwietniu. Dlaczego tak się nie stało? Odpowiedzi wolno poszukiwać w dwóch obszarach. Po pierwsze: Rosjanie nie mogli w tak krótkim terminie zsynchronizować wszystkich zapisów z czarnych skrzynek. Po wtóre: efekt propagandowy informacji o winie pilotów i naciskach ze strony otoczenia prezydenta byłby trudny do utrzymania w świadomości odbiorcy, aż do czasu wyborów prezydenckich.

15 kwietnia pojawiła się natomiast publikacja w rosyjskim dzienniku „Kommiersant”, w której przedstawiono relację ?anonimowego eksperta?. Szczegóły tej wypowiedzi wskazują, że był to człowiek doskonale poinformowany o przebiegu śledztwa i przedstawił pełną wersję zdarzenia, zgodnie z przyjętą koncepcją dezinformacji. Mogliśmy zatem przeczytać, iż ?Prawdopodobieństwo katastrofy przy takim lądowaniu było bardzo wysokie. Pilot prezydenckiej maszyny dobrze o tym wiedział. Niemniej poszedł na nieuzasadnione z punktu widzenia wszystkich instrukcji latania i elementarnego zdrowego rozsądku. W czasie podejścia do Smoleńska tamtejsi kontrolerzy poinformowali załogę, że lądowanie jest niemożliwe i zaproponowali odejście na lotnisko zapasowe w Mińsku lub Moskwie, jednak dowódca nalegał na zejściu do punktu podejmowania decyzji, które w wypadku Tu-154M wynosi 100 metrów nad lotniskiem?.
Można założyć, że od tej chwili mamy do czynienia z prowadzeniem dwóch, podstawowych gier, w ramach tej samej operacji dezinformacji.

Pierwsza ? to gra na czas, czyli odwlekanie momentu ujawnienia zapisów rozmów z czarnych skrzynek do chwili, gdy stanie się to przydatne dla interesów grupy rządzącej. Niewykluczone, że jest to część ceny, jaką obecny rząd płaci za powierzenie śledztwa Rosjanom. Jednocześnie ? należało w sposób odpowiedni przygotować odbiorców na ten przekaz i zadbać, by został on przyjęty bezkrytycznie. Niemałą rolę w odwlekaniu decyzji o ujawnieniu nagrań miały zapewne nastroje społeczne, obserwowane wówczas w Polsce. Czas był zatem potrzebny, by ukierunkować uwagę odbiorcy i uwolnić go od ?niekorzystnych emocji?.
Na podstawie kontrolowanych przecieków z rosyjskiego śledztwa, można zakładać, że dokładna treść rozmów w kabinie pilotów była znana już około 15-20 kwietnia, zatem od tego czasu obserwujemy grę, obliczoną na cele wyznaczone wspólnym interesem władz Rosji i III RP. Jak wyglądała ta gra?

19 kwietnia rosyjski portal newsru.com poinformował, że ?rosyjscy eksperci próbują wyeliminować z nagrań szumy, które zagłuszają rozmowy pilotów. W najbliższym czasie do Moskwy mają przyjechać Polscy eksperci, którzy zajmą się rozszyfrowywaniem do kogo należą nagrane głosy?.
Dzień później, 20 kwietnia Prokurator Generalny Andrzej Seremet relacjonując dotychczasowy przebieg śledztwa ws. katastrofy poinformował: ?Jeszcze dzisiaj skierujemy wniosek do strony rosyjskiej o udostępnienie wstępnej analizy zapisanych przez rejestratory lotu rozmów?.

Warto zauważyć, że dopiero miesiąc później ? 20 maja ? dowiedzieliśmy się od mec. Rafała Rogalskiego, pełnomocnika rodzin ofiar smoleńskiej katastrofy, że takich wniosków polska prokuratura sporządziła trzy: 10, 16 i 20 kwietnia, wnioskując m.in. o protokoły z oględzin miejsca katastrofy, protokoły otwarcia zwłok, zabezpieczenia dowodów i przesłuchań świadków i odczytów czarnych skrzynek. Również dopiero 20 maja płk Zbigniew Rzepa, rzecznik Naczelnego Prokuratora Wojskowego ujawnił, że na żaden z polskich wniosków Rosjanie nie odpowiedzieli.
Ukrywanie tej informacji służyło zapewne budowaniu oficjalnej tezy o doskonałej współpracy polskich i rosyjskich śledczych.

Wówczas, 20 kwietnia 2010 roku prokurator Seremet nie wspomniał o wcześniejszych wnioskach, dodał natomiast, że polscy śledczy ?nie wnioskują o przekazania samych czarnych skrzynek?. Na tej samej konferencji zastępca szefa WPO płk Ryszard Filipowicz poinformował, że ?obecnie w Polsce badany jest zapis z tzw. trzeciej czarnej skrzynki. – W ciągu kilku dni to badanie ma zostać zakończone. Bierze w nim udział przedstawiciel rosyjskiej prokuratury, a samo badanie wykonywane jest na potrzeby rosyjskiej komisji. Wyniki i prawdopodobnie samo urządzenie, będzie musiało trafić do Rosji, a stamtąd prawdopodobnie znowu do Polski?.
Nikt nie zapytał: dlaczego Polska nie wnioskuje o zwrot dwóch czarnych skrzynek, zadowalając się stenogramem z ich odczytu, a jednocześnie przekazuje do Rosji trzecią? Dlaczego, skoro badanie w Polsce odbywało się przy udziale rosyjskiego prokuratora nie wystarczy przekazanie Rosji tylko wyników badań, a konieczne jest oddanie samego urządzenia?

Warto przypomnieć, że 22 kwietnia do Moskwy udali się minister obrony Klich i minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski. Jak informowały media: ?ich wyjazd ma wzmocnić wniosek polskiej prokuratury, która prosi Rosjan o przekazanie nam rejestratorów lotu oraz ich zapisu?. Rządowy plan maksimum ? twierdziło RMF FM – to przywieźć do Polski czarne skrzynki Tupolewa lub ich zapisy.

Wiemy, że nie przywieziono niczego i nie tylko plan maksimum, ale nawet minimum nie został zrealizowany.
Trzeba było czekać do 6 maja na wystąpienie Prokuratora Generalnego Rosji Jurija Czajki, który kategorycznie zaprzeczył, by strona rosyjska ukrywała cokolwiek przed stroną polską przy wyjaśnianiu przyczyn katastrofy. To wówczas Czajka poinformował, że ?Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przygotowuje do przekazania stronie polskiej materiały z prac komisji wyjaśniającej przyczyny katastrofy, a wśród materiałów znajdą się kopie zapisów z czarnych skrzynek rozbitego samolotu.?

Dlaczego trzeba było czekać tyle czasu? Odpowiedź znajdziemy w informacji , jaką w dniu 7 maja podała „Rzeczpospolita”, powołując się na depeszę PAP. Wynikało z niej, że badany w Polsce rejestrator (trzecia czarna skrzynka) został już przekazany wraz z analizą do Rosji, o czym poinformował prokurator generalny Andrzej Seremet.
Można zatem zaryzykować tezę, że z chwilą, gdy Rosjanie uzyskali analizę trzeciej skrzynki i przejęli polskie urządzenie, byli w stanie dokonać pełnej synchronizacji zapisów wszystkich rejestratorów lotu. Tym samym, możliwe stało się spreparowanie materiałów śledztwa, w tym głównego ?dowodu winy? – nagrań głosu z kabiny pilotów.

Dalsza analiza, następujących po tej dacie wypowiedzi oraz włączenie do gry Edmunda Klicha – szefa Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych i tzw. ekspertów ds. lotnictwa – pozwala precyzyjnie przedstawić kulisy operacji dezinformacyjnej, której kulminacja nastąpi na kilka dni, tuż przed wyborami prezydenckimi.

CDN…

2010-05-30 15:38
ANATOMIA DEZINFORMACJI ZAKOŃCZENIE.

Od momentu, gdy Prokurator Generalny Rosji Jurij Czajka w dniu 6 maja br. poinformował, że Międzypaństwowy Komitet Lotniczy przygotowuje się do przekazania stronie polskiej materiałów z prac komisji, wśród których mają się znaleźć kopie zapisów z czarnych skrzynek Tupolewa, rozpoczęto właściwą kampanię dezinformacji w zakresie utrwalenia przekazu o winie pilotów i naciskach ze strony prezydenta Kaczyńskiego.

Przekazywane wcześniej oceny, dotyczące przyczyn katastrofy, kontrolowane przecieki ze śledztwa, liczne publikacje prasowe czy medialne ?wrzutki? w postaci filmów lub relacji ?świadków?, były przydatne w pierwszym etapie kampanii, prowadząc z jednej strony do powstania chaosu informacyjnego, z drugiej zaś ukierunkowując świadomość odbiorcy na mocniejszą dawkę dezinformacji. Etap ten mógł zostać zamknięty, gdy Rosjanie weszli w posiadanie wszystkich czarnych skrzynek z rozbitego samolotu, a tym samym mogli dokonać pełnej synchronizacji danych w kierunku wykazania pożądanej wersji zdarzeń.

Pojawiające się od dnia 10 kwietnia wypowiedzi strony rosyjskiej, sugerujące winę pilotów i naciski ze strony prezydenta jednoznacznie wskazywały, że podstawowym ?materiałem dowodowym? na uwiarygodnienie fałszywej tezy mogą być tylko zapisy głosów z kabiny pilotów. Jest oczywiste, że przy takim założeniu, same czarne skrzynki nigdy nie trafią już w ręce polskich śledczych, a dalszą podstawą dezinformacji będą wyłącznie kopie protokołów z odsłuchania zapisów. To wygodne położenie, Rosjanie zawdzięczają pełnej uległości ze strony polskich śledczych oraz świadomej, kolaboracyjnej postawie grupy rządzącej

Przejście do drugiego etapu kampanii wymagało uruchomienia nowych przekaźników wersji dezinformacyjnej i zwiększenia liczby rezonatorów. Ten cel osiągnięto w dość prosty sposób, posługując się przekazem osób, które wcześniej miały uwiarygodnić się w oczach opinii publicznej oraz potęgując ilość kontrolowanych przecieków. Żadnym problemem, (przy całkowitej bierność strony polskiej) nie mogła być również dla Rosjan gra na czas, polegająca na składaniu pustych deklaracji o przekazaniu materiałów ze śledztwa. Intencją tej gry jest precyzyjny wybór właściwego momentu na ujawnienie treści rzekomych zapisów z czarnych skrzynek, tak, by spreparowana dezinformacja mogła być użyteczna, również w kampanii wyborczej Bronisława Komorowskiego.
Dość łatwo można wskazać, jak po dniu 6 maja następowało przyśpieszenie kampanii dezinformacji. Szczególnie ważne były dni następne i ich analizie warto poświęcić więcej uwagi.

W godzinach porannych w dniu 6 maja TVN24 i RMF FM, powołując się na ?anonimowe źródła w polskiej prokuraturze? donosiły, że ?według nieoficjalnych ustaleń piąty głos, nagrany przez rejestratory zapisujące rozmowy w kabinie pilotów prezydenckiego Tupolewa, należał do kobiety?.

7 maja te same stacje informowały, że głos w kabinie nie należał do kobiety powołując się na opublikowany tego dnia artykuł Piąty głos w kokpicie: dyrektor Kazana?? autorstwa Wacława Radziwinowicza (korespondenta GW w Moskwie) i Wojciecha Czuchnowskiego. Nie przypadkiem temu właśnie przekaźnikowi (GW) powierzono rolę inicjatora drugiego etapu dezinformacji. Wacław Radziwinowicz ( na co już wielokrotnie zwracałem uwagę) był tuż za Władymirem Żyrinowskim pierwszym ?polskim? przekaźnikiem wersji o naciskach i winie pilotów i zaprezentował ją już w dwie godziny po katastrofie na stronie internetowej ?Nowej Gaziety?.

7 maja tandem z GW donosił: Według informacji „Gazety” piąty głos – osoby spoza załogi, która przed lądowaniem weszła do kabiny – najprawdopodobniej należy do dyrektora protokołu dyplomatycznego Mariusza Kazany z MSZ. – Urzędnik pyta załogę: czy wszystko przebiega zgodnie z planem i czy trzeba się liczyć ze spóźnieniem? – relacjonuje nasze źródło w MSWiA.?
Dla uwiarygodnienia przekazu, GW posłużyła się relacją tzw. świadka (czyli osoby podstawionej w celu przekazania treści dezinformującej) niejakiego Nikołaja Łosiewa – emerytowanego pilota wojskowego, który cudem odnaleziony po kilku tygodniach od zdarzenia zapewniał, iż w rozbitej kabinie widział oprócz członków załogi przypiętych pasami do foteli ciało jeszcze jednej osoby.

Mamy zatem mocny akcent dezinformacji: w postaci przecieku z zapisu rozmowy w kabinie pilotów ( której rzekoma treść pozwala już ocenić postawę oficjeli), wzmocnionej relacją naocznego świadka, z której miałoby wynikać, że do końca lotu osoba spoza załogi była w kabinie). Całość dopełnia informacja, iż ?źródła rządowe oficjalnie odmawiają potwierdzenia nazwiska Kazany, ale nie zaprzeczają, że to m.in. pracownik MSZ poleci do Moskwy identyfikować piąty głos.

Tego samego dnia, na konferencji prasowej Prokurator Generalny Andrzej Seremet po powrocie z Moskwy zapewniał, że zależy mu na upublicznieniu zapisów z czarnych skrzynek prezydenckiego samolotu. Ich ujawnienie opinii publicznej przeciąga się jednak, bowiem „materiał zebrany na skrzynkach jest do tego stopnia złej jakości, że należy przedłużyć badania” – tłumaczył Seremet i zapewnił, że polska strona otrzyma oryginały czarnych skrzynek. Nie wykluczył, że jest szansa na ujawnienie nie tylko stenogramów, ale także zapisów audio.Dowiedzieliśmy się również, że ?Andrzej Seremet nie chciał także ani potwierdzić, ani zaprzeczyć doniesieniom „Gazety Wyborczej”.

Z dzisiejszej perspektywy wiemy już, że Rosjanie nie przekazali żadnych materiałów z odsłuchu czarnych skrzynek, a Polsce nie zostaną zwrócone same urządzenia, a jedynie kopie stenogramów. Z tego względu, całość przekazu prokuratorów Czajki i Seremeta należy traktować jako merytorycznie bezwartościowy element gry na czas. Jedynie ważnym przekazem była dezinformacja TVN, RMF i GW, dzięki której odbiorca miał dowiedzieć się, że w kabinie pilotów była piąta osoba, której obecność może mieć związek z przyczynami katastrofy.

6 7 maja to również czas niezwykłej przemiany Edmunda Klicha. Jeszcze 23 kwietnia szef Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych (PKBWL) mówił o „zmuszaniu go do współpracy z prokuratorami”, „braku jakiekolwiek pomocy ze strony rządu” i „chaosie panującym w Rosji”. Krytykował zaniedbania MON i twierdził, że Polska jest petentem w rosyjskim śledztwie.

W wywiadzie dla TVN Klich twierdził: – Ja wiem jaki jest tego wszystkiego cel i kto robi larum. Ludzie, którzy są odpowiedzialni za tę katastrofę chcą zwalić wszystko na pilotów. A oni są tymi, którzy na końcu łańcucha zbierają błędy wszystkich. Błąd tkwi bowiem w systemie. Lotnictwo państwowe jest w permanentnym kryzysie oraz sugerował, że należało przejąć całość lub część śledztwa od Rosjan.
Te słowa Edmunda Klicha i mocna krytyka rządzących zwróciły uwagę mediów na szefa PKBWL i przysporzyły mu wielu zwolenników, głównie wśród osób podobnie oceniających bierną postawę rządu i podważających ustalenia rosyjskiego śledztwa.

Metamorfoza Klicha nastąpiła w trakcie pobytu w Moskwie. Rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) w oficjalnym komunikacie poinformował, że szef naszej komisji nie może nachwalić się Rosjan. Na roboczym spotkaniu Komisji technicznej MAK z komisją powołaną w Polsce miał powiedzieć, że „prace Komisji Technicznej prowadzone są zgodnie z międzynarodowymi standardami, które wyznacza załącznik 13. do Konwencji Chicagowskiej, co pozwala na niezależną i obiektywną pracę oraz podkreślił, że Komitet Techniczny MAK pozostaje w ścisłej współpracy z polskim ekspertami i w krótkim czasie poczynił ogromną pracę. Wyraził również uznanie dla dobrej organizacji pracy, dającej polskim specjalistom możliwość, by w pełni uczestniczyć we wszystkich badaniach i mieć dostęp do wszelkich materiałów – czytamy w komunikacie MAK.

Od dnia powrotu z Moskwy (6 maja) Edmund Klich każdą, kolejną wypowiedzią zdawał się potwierdzać, że zasługuje na zaufanie rosyjskich przyjaciół. To na nim, od tej pory spoczął obowiązek podtrzymywania i rozwijania głównej tezy dezinformacyjnej. Sposób, w jaki Klich spełniał rolę przekaźnika dowodzi, że wypełniał tę misję świadomie i profesjonalnie, nawet, gdy zdarzało mu się popełnić drobne błędy.

8 maja w rozmowie z dziennikarką RMF FM Klich wyznał: Ja mogę przypuszczać, właściwie wiem, do kogo może należeć piąty głos nagrany przez rejestrator zainstalowany w kokpicie samolotu Tu-154?. I dodał ?głos piątej osoby pojawił się nawet kilkanaście minut przed katastrofą. Nie miał on wpływu na zdarzenia w kabinie. O tym, kim jest ta osoba, dowiemy się wówczas, gdy strona rosyjska uzna to za stosowne. Na pewno dowiemy się po zakończeniu badań, wtedy będę zwolniony z tej tajemnicy. To może trwać nawet rok.
Ostatnie dwa zadania były oczywiście zbędne, choć ten błąd pozwala nam ocenić miarę wiarygodności przekaźnika rosyjskich dezinformacji.

Tego samego dnia, w programie TVN Klich pytany o piątą osobę zwierzył się: ?a muszę być wiarygodny w stosunku do strony rosyjskiej. To jest ujawnianie informacji, która może wiązać się z przyczyną i jest związana z badaniem,choć jeszcze przed kilkoma godzinami twierdził, że głos (…) nie miał wpływu na zdarzenia w kabinie.
Jednocześnie Klich złożył znamienną deklarację lojalności, mówiąc o współpracy z Rosjanami: Ja byłem zawsze zadowolony. Nigdy nie narzekałem na współpracę ze stroną rosyjską. Ja mówiłem o problemach, które wynikały z braku tłumaczy na początku. Ale to była strona polska, nie rosyjska. Swoje wcześniejsze, krytyczne oceny skwitował krótko: „to było przekłamanie medialne. Można powiedzieć, że w tej chwili jest wszystko dobrze.
15 maja w rozmowie z moskiewskim korespondentem RMF FM Edmund Klich poinformował, że rosyjscy eksperci na podstawie zapisów czarnych skrzynek i po przesłuchaniu świadków odtworzyli ostatnie minuty lotu prezydenckiego tupolewa, jednak symulacja nie daje odpowiedzi na pytanie, dlaczego doszło do katastrofy .Jeśli skoncentrujemy się na działaniu pilota, to wnioski będą bardzo płytkie.

Ta symulacja daje odpowiedź na to, co się stało. A dlaczego – to jest kolejny etap badań, analiz. (…) Tu jest odtworzony przebieg lotu, jeszcze może nie tak bardzo precyzyjnie, jeszcze jakieś tam doprecyzowanie może być, natomiast to jest stan, co się stało. A nie ma odpowiedzi, dlaczego się stało. Bo to jest odpowiedź o wiele trudniejsza – tłumaczył Klich.

Przekładając tę bełkotliwą nieco wypowiedź na język polski, należałoby uznać, że zapisy z czarnych skrzynek (a więc również treść rozmów z kabiny pilotów) nie przynoszą odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego doszło do katastrofy.

Okazuje się, że tak logiczny wniosek jest błędny, bo już kilka dni później, 19 maja PAP powołując się na osobę, która zna kulisy badania okoliczności katastrofy? podała, że ?jedną z dwóch osób nienależących do załogi, których głosy w kokpicie Tu-154 zarejestrowała czarna skrzynka, był dowódca sił powietrznych gen. Andrzej Błasik.

Natomiast szefowa rosyjskiej komisji Tatiana Anodina potwierdziła, że ?drugi z tych głosów został już zidentyfikowany, ale ze względów etycznych, z uwagi na rodzinę, informacja, do kogo należał – nie zostanie na razie upubliczniona. Nie zapomniała przy tym zauważyć, iż kwestia ewentualnego wywierania wpływu na załogę musi być jeszcze zbadana bo ma to duże znaczenie przy wyjaśnieniu okoliczności katastrofy.
Sygnałem do rozpoczęcia głównego etapu dezinformacji, było ogłoszenie (19.05) tzw. raportu wstępnego rosyjskiej komisji MAK, w którym wyraźnie zasugerowano winę pilotów oraz uwypuklono wątki dotyczące obecności osób trzecich w kokpicie i domniemanych nacisków.
Wyraźnie też wskazano, że nie ma szans na zwrot Polsce czarnych skrzynek, a podstawę informacji będą stanowić wyłącznie protokoły z odsłuchu nagrań.

21 maja Edmund Klich pytany o to, czy nadal uważa, że presja wywierana na załogę samolotu nie miała znaczenia, odparł: „ja mówiłem to na konferencji w Moskwie, że nie miała, bo ja wtedy znałem rozmowę, która była prowadzona 16 minut przed zdarzeniem. Teraz wiem więcej, bo otrzymałem pełny zapis rozmów i teraz już bym tak kategorycznie nie stwierdził”. Poinformował również, że kontrolerzy lotu podali załodze dobre dane, ostrzegali polską załogę przed pogarszającą się pogodą oraz podkreślił, że Tu-154 nie miał zgody na lądowanie na lotnisku pod Smoleńskiem.

W tym momencie sprawa wydaje się przesądzona i każda następna wypowiedź miała wyłącznie pogłębiać pierwotne zarzuty.
24 maja Klich w wywiadzie dla RMF FM, naciskany przez Konrada Piaseckiego odmówił ujawnienia nazwiska osoby znajdującej się w kabinie pilotów, oświadczając: ? ja wiem, ale nie będę mówił. Nie jestem upoważniony. Informację wydaje MAK, a na pytanie: ?Ale to była presja wprost? Słowna presja?? odpowiedział: ?Nie, nie było takiej. Ja już mówiłem wcześniej?.Kilka godzin później w TVN, najwyraźniej już ?upoważniony? Klich przyznał, że chodzi o gen. Błasika.

Żadnych wątpliwości, co do winy pilotów Klich nie miał już w wywiadzie dla ?Rzeczpospolitej? z 25 maja, gdy stwierdził: ?To załoga Tu-154 popełniła błędy, które doprowadziły do tragedii?, dodając, że ?piloci zlekceważyli wszystkie ostrzeżenia wysyłane przez automatykę samolotu i podjęli nadmierne ryzyko, a przyrządy w Tu-154 na pewno nie zmyliły załogi.

Natychmiast, do tego głosu przyłączyły się rosyjskie media: To była wina pilotów stwierdziła agencja Ria Novosti i telewizja Russia Today, powołując się na wypowiedzi Edmunda Klicha. Ria Novosti dodała również, że Klich potwierdził obecność w kokpicie dowódcy wojsk lotniczych, gen. Błasika, który kilka minut przed tragedią chciał uzyskać informację „co się dzieje”.Według rosyjskich mediów drugim głosem w kabinie był szef protokołu dyplomatycznego MSZ, Mariusz Kazana.

Do chóru rosyjskiej kampanii dezinformacji dołączyli również niektórzy z pilotów. Płk Stefan Gruszczyk, b. pilot specpułku oraz kpt. Dariusz Sobczyński, w TVN dywagowali, że ich koledzy ?przekroczyli wszelkie dopuszczalne możliwości tego samolotu i tego lotniska. To było złamanie wszystkich przepisów. To jest wszystko pisane krwią? , potwierdzili rosyjskie tezy, jakoby załoga była nie za bardzo zgraną oraz posunęli się do stwierdzenia, że zachowanie pilotów Tu-154 było ?amobójstwem.

Warto także odnotować głos tzw. eksperta lotnictwa Tomasza Hypkiego, który 26 maja na antenie TVN uznał, że piloci prezydenckiego Tu-154 musieli działać pod presją. Jego zdaniem, już sama obecność gen. Andrzeja Błasika w kokpicie, miała wpływ na podejmowane przez nich decyzje, nawet gdy nie wydał im on bezpośrednio polecenia, by lądowali pod Smoleńskiem. To przekroczenie najbardziej elementarnej procedury, jaką można sobie wyobrazić i stworzenie ogromnego niebezpieczeństwa. Można powiedzieć, że ta załoga zachowała się kompletnie nieodpowiedzialnie – stwierdził Hypki.

Opinia tego absolwenta Wydziału Mechaniki, Energetyki i Lotnictwa. Politechniki Warszawskiej, wiernego obrońcy interesów Wojskowych Służb Informacyjnych nie może dziwić. Występujący jako niezależny ekspert Tomasz Hypki – prezes Agencji Lotniczej Altair Sp. z o.o. jest od lat 80. czyli od czasu gdy podjął pracę w Zespole Lotniczych Konstrukcji Kompozytowych ściśle związany z przemysłem zbrojeniowym. Na początku lat 90. współpracował z Szefostwem Techniki Lotniczej w Ministerstwie Obrony Narodowej. Z tego okresu pochodzi wspólny projekt Instytutu Lotnictwa i firmy Tomasza Hypkiego budowy samolotu bezzałogowego o nazwie Sowa, przeznaczonego do wojskowych celów wywiadowczych. W roku 2004, gdy WSI skompromitowały się w sprawie przetargu na wyposażenie i uzbrojenie irackiej armii, wspierając firmę specjalnego znaczenia Ostrowski Arms, Hypki dowodził, że Andrzej Ostrowski jest zaledwie niegroźnym mitomanem, służby mogły wszystkie nie wiedzieć, a winą za zaistniałą sytuację obarczył …Amerykanów.

Ten sam Hypki na łamach pisma Raport, w artykule z 2007 roku Rozstrzeliwanie Rosomaka występując w obronie ujawnionej w Raporcie z Weryfikacji WSI agentury medialnej dowodził: Twórcy Raportu o WSI merytorycznie nie dorastają do pięt naszym autorom. Można tam także przeczytać, że autorzy Raportu o WSI okazali się skrajnie nieuczciwi. Być może byli nawet pod wpływem lobbystów konkurencyjnych wobec Patrii i jej AMV producentów[…] Analizując tekst Raportu o WSI można się zastanawiać, skąd bierze się jego stronniczość w ocenie przetargu na KTO.

Może Antoni Macierewicz ocenia innych podług własnej miary Sam od lat lobbuje za wieloma amerykańskimi przedsięwzięciami w Polsce (zakup F-16, wyprawa na Irak, tarcza antyrakietowa, która jest przecież nie tylko przedsięwzięciem wojskowym i politycznym, ale i biznesowym – wiadomo, że w Polsce miałby ją realizować Boeing). Na łamach wydawanego przez niego Tygodnika Głos regularnie ukazywały się artykuły na te tematy, często pisane przez jego – również obecnie – najbliższego współpracownika, a do niedawna redaktora naczelnego Głosu, Piotra Bączka. Czy skoncentrowanie się w Raporcie o WSI na sprawie transportera to nie kolejny przejaw ich lobbingu?? -pytał ekspert Hypki.

W roku 2008 Tomasz Hypki oskarżał PiS o zamiar zniszczenia firmy zbrojeniowej Bumar, a w październiku 2009 roku, gdy Rosja wspólnie z Białorusią ćwiczyła atak atomowy na Polskę i w ramach manewrów wojskowych „Zapad” i „Ładoga” symulowała desant na plażę polskiego wybrzeża, tłumienie powstania wywołanego przez polską mniejszość na Białorusi oraz testowała samoloty rosyjskich sił jądrowych, ten sam ekspert stwierdził: Rosjanie po prostu testują sprzęt, który mają. Amerykanie też robią analogiczne próby.

Postaci tej poświęcam więcej miejsca, bo wydaje się charakterystyczna i pozwala precyzyjnie wykazać, kim są osoby pełniące dziś rolę przekaźników rosyjskich dezinformacji.

Nietrudno zrozumieć, że z treści rzekomych rozmów, jakie zostaną ujawnione w przyszłym tygodniu wyłoni się jednoznaczny obraz, potwierdzający tezę o winie pilotów i naciskach ze strony prezydenta Kaczyńskiego.
Z całą odpowiedzialnością można uznać ten obraz za fałszywy i spreparowany na potrzeby Rosjan i polskiej grupy rządzącej. Świadczy o tym przede wszystkim fakt, że taką tezę przyjęto i forsowano a priori, natychmiast po katastrofie, nie mając ku temu żadnych racjonalnych podstaw, ani dowodów.

Dlatego też, przez kolejne tygodnie głównym zajęciem rosyjskiej komisji było poszukiwanie materiałów dowodowych? na poparcie fałszywej tezy ? czyli dążenie do odzyskania wszystkich rejestratorów lotu, a podstawowym zadaniem rosyjskich i polskojęzycznych mediów – propagowanie dezinformacyjnych przecieków i wrzutek Mając na uwadze fakt, że nie istniały żadne, racjonalne przesłanki dla formułowania hipotezy o winie pilotów i wywieranych na nich naciskach – cały przekaz jest oczywistą spiskową teorią, z podstawowym jej atrybutem w postaci założenia, że osoby obecne na pokładzie prezydenckiego samolotu i jego załoga dokonały aktu samozagłady.

Odrzucenie w całości rosyjskiego przekazu jest również uzasadnione z uwagi, iż Polska nie dysponuje obecnie żadnymi dowodami rzeczowymi w postaci urządzeń znajdujących się na pokładzie samolotu, w tym szczególnie rejestratorami lotu, na podstawie których można byłoby zweryfikować treść protokołów przekazanych przez Rosjan. Fakt ten powinien być brany pod uwagę w krytycznej ocenie tego materiału.
Niemniej istotna jest okoliczność, że Rosjanie są absolutnymi zarządcami postępowania w sprawie katastrofy i na żadnym jego etapie postępowanie to nie podlegało kontroli ze strony niezależnych instytucji lub innych państw.

O zdecydowanie dezinformacyjnym charakterze rosyjskiego przekazu niech świadczą następujące czynniki:
Jako główny wspornik kampanii dezinformacji wykorzystano podróż prezydenta Kaczyńskiego do Gruzji w roku 2008, manipulując faktami w celu wykazania, że ze strony prezydenta były wówczas wywierane naciski na pilotów, co miało dowodzić, że w Smoleńsku mieliśmy do czynienia z identyczną sytuacją.
Logicznym zatem, kolejnym wspornikiem była informacja o obecności osób postronnych w kabinie pilotów, która już sama w sobie miała implikować zarzut o wywieraniu presji.

Za temat przewodni posłużyła propagandowa teza o rusofobii Kaczyńskiego oraz przedstawienie wyjazdu do Katynia jako prywatnej wizyty prezydenta, podyktowanej względami ambicjonalnymi i wizerunkowymi. To zaś miało świadczyć, że prezydent chciał za wszelką cenę znaleźć się wówczas w Katyniu, a wszystkie przestrogi rosyjskich kontrolerów lotu zignorowano, jako umyślne działania mające przeszkodzić lądowaniu.

W tym zakresie, jako metodę dezinformacji zastosowano ilustrację i generalizację,bazując na fałszywych ocenach rozpowszechnianych przez media w okresie poprzedzającym katastrofę.

Od początku, czyli od 10 kwietnia mieliśmy do czynienia z zastosowaniem jednej z podstawowych metod dezinformacji, polegającej na tzw. nierównej reprezentacji. Metoda sprowadza się do ukierunkowania wszystkich głównych przekaźników i rezonatorów na ten sam przekaz, przy jednoczesnym marginalizowaniu, ukrywaniu lub wyszydzaniu przekazów odmiennych. Z tego powodu, podstawą niemal wszystkich transmisji medialnych były wyłącznie informacje ze strony rosyjskiej, z których każda (nawet ta propagująca odmienne teorie zdarzeń) powinna być postrzegana jako element dezinformacji. Z tego też względu nie ujawniano opinii publicznej głosów niezależnych ekspertów zagranicznych, marginalizowano publikacje przeczące tezom rosyjskim, a nawet zatajono tak ważne dowody, jak zdjęcia satelitarne i ekspertyzy przekazane przez Amerykanów.

Powszechne traktowanie wszystkich hipotez dotyczących przyczyn tragedii, jako ?teorii spiskowych?, a głosów przeciwnych rosyjskim przekazom, jako objawów ?rusofobii? – jest jednym z efektów zastosowania metody nierównej reprezentacji, dość łatwym do osiągnięcia, zważywszy na intelektualną niemoc zwolenników grupy rządzącej i łatwe uleganie medialnym manipulacjom.
Warto zauważyć, że z przykładem innej, klasycznej metody dezinformacji, tzw. modyfikacji okolicznościami do czynienia w przypadku odważnych krytycznych wypowiedzi Edmunda Klicha, w których wskazywał na błędy w szkoleniach polskich pilotów oraz zaniedbania organizacyjne po katastrofie wojskowej CASY z 2008 roku. Zarzuty te są oczywiście trafne, jednak okoliczności w jakich poruszył je autor i końcowy efekt jego wystąpień wskazują jednoznacznie, że były traktowane wyłącznie jako dodatkowe uzasadnienie dla forsowanej tezy dezinformacyjnej.

Decyzja o obarczeniu winą pilotów i bezpośrednio prezydenta Kaczyńskiego była z punktu widzenia strategii rosyjskiej rozwiązaniem najlepszym. Głównie dlatego, że przekaz i związana z nim kampania mógł w całości bazować na funkcjonujących w polskim społeczeństwie kłamstwach dotyczących osoby prezydenta oraz na wszechobecnym antykaczyzmie jako odczuciu integrującym zwolenników rosyjskiej dezinformacji. Rozgrywając ten przekaz od kilku lat partia rosyjska, obecna w tzw. elitach III RP mogła liczyć na masowy odbiór i współuczestnictwo milionów zmanipulowanych obywateli. W każdym innym przypadku i próbie zastosowania innej tezy, Rosjanie mieliby poważny problem z jej społeczną akceptacją, a polskojęzyczne przekaźniki i rezonatory z rozpowszechnieniem.

Niemniej ważną okolicznością, jest użyteczność tej dezinformacji dla celów grupy rządzącej, szczególnie w sytuacji kampanii wyborczej. Nie trzeba przekonywać, że rosyjska teza przynosi korzyść głównie kandydatowi Platformy na prezydenta, choćby poprzez umocnienie negatywnego wizerunku Lecha Kaczyńskiego. O takim zastosowaniu dezinformacji świadczy również prowadzona od wielu tygodni wspólna gra, obliczona na użycie przekazu rozmów z kabiny pilotów i eksploatację tematu w okresie jak najbliższym terminowi wyborów prezydenckich. Liczy się zapewne na żywe reakcje części społeczeństwa, ale także na sprowokowanie Jarosława Kaczyńskiego lub jego otoczenia do zdecydowanych (czyli kontrowersyjnych) wystąpień. Trudno zatem o bardziej rażący i cyniczny przykład wykorzystania tragedii smoleńskiej dla bieżących interesów grupy rządzącej.

Sądzę, że można się spodziewać, iż w treści materiałów rosyjskich, jakie mają zostać opublikowane za kilka dni, znajdą się słowa dotąd nie ujawniane w ramach kontrolowanych przecieków i to one głównie, będą stanowić podstawę dla sformułowania zarzutu o winie pilotów i prezydenckich naciskach. Przewidywanie mocnego elementu zaskoczenia? jest zasadne z uwagi na słowa szefowej rosyjskiego komitetu Tatiany Anodiny, która przedstawiając raport wstępny, pytana o nazwisko osoby przebywającej w kabinie pilotów tuż przed katastrofą, omówiła jej ujawnienia zasłaniając się „kwestiami etyczno – moralnymi”, mówiąc, iż z uwagi na rodzinę, informacja, do kogo należał – nie zostanie na razie upubliczniona.

Jednocześnie posłużono się kontrolowanym przeciekiem, gdy tzw. informator PAP stwierdził, że drugi głos na pewno nie należał do Mariusza Kazany, a właściciela niezidentyfikowanego głosu rozmówca agencji określił jako „szefa służby bezpieczeństwa” i dodaje, że był tytułowany „dyrektorem”.
Jeśli wykluczyć Mariusza Kazanę – dyrektora protokołu dyplomatycznego MSZ, pozostają tylko dwie osoby, które oficjalnie mogły być tytułowane dyrektorem: Barbara Mamińska dyrektor biura kadr i odznaczeń w Kancelarii Prezydenta oraz Izabela Tomaszewska dyrektor zespołu protokolarnego Kancelarii Prezydenta, odpowiedzialna w Kancelarii za kontakty Pierwszej Damy. Ponieważ żadnej z tych osób nie można określić mianem szefa służby bezpieczeństwa (a ten element przecieku może być istotny) pozostają spekulacje co do kandydatur dwóch postaci: Aleksandra Szczygły szefa BBN i Zbigniewa Wassermanna byłego koordynatora służb specjalnych. W każdym przypadku, chodzi o osoby z najbliższego otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Otóż dość niezwykła troska Tatiany Anodiny o kwestie etyczno-moralne oraz zwrócenie uwagi na rodzinę może implikować, że w stenogramach rozmów z kabiny pilotów znajdują się słowa, które będą wskazywały nie tylko na rzekome naciski ze strony Lecha Kaczyńskiego, ale również będą dotyczyły osoby Jarosława Kaczyńskiego. Może z nich wynikać, że rozmowa braci tuż przed katastrofą miała wpływ na powzięcie przez prezydenta Kaczyńskiego przekonania, że Rosjanie będą celowo utrudniać lądowanie w Smoleńsku, a co za tym idzie ? wywołała określoną reakcję prezydenta.

Tej tezie mogłoby służyć przesłuchanie Jarosława Kaczyńskiego przez polską prokuraturę, w związku z rozmową telefoniczną, jaką odbył z bratem. Warto zauważyć, że Prokurator generalny Andrzej Seremet 12 maja br. powiedział, że nie zna treści rozmowy telefonicznej Jarosława i Lecha Kaczyńskich, a jednocześnie podkreślił, że na obecnym etapie śledztwa nie można jednoznacznie wykluczyć, że na pilotów rządowego tupolewa nikt nie wywierał presji, dodając ważne zdanie: kategorycznie takiej informacji nie mogę przedstawić. To będzie jeszcze przedmiotem badań. A przede wszystkim decyduje o tym treść czarnych skrzynek.

Ponieważ dezinformacja i prowokacja stanowią najsilniejszą oręż putinowskiej Rosji oraz główny instrument sprawowania władzy przez grupę rządzącą w Polsce, groźba takiego wykorzystania fałszywej tezy wydaje się mocno realna. Rozpętanie medialnej nagonki na kandydata PiS, tuż przed datą pierwszej tury wyborów prezydenckich, wydaje się wówczas rzeczą równie łatwą, jak oczywistą. Nie można wykluczyć, że jakakolwiek zdecydowana reakcja Jarosława Kaczyńskiego na przekaz rosyjski, byłaby natychmiast przedstawiona jako objaw skrywanej dotąd rusofobii, a on sam i najbliższa rodzina zmarłego prezydenta zostaliby przedstawieni jako współwinni katastrofie smoleńskiej.

http://cogito.salon24.pl/

*******************************************************************************

*ANALIZA AKTUALNYCH WYJAŚNIEŃ TRAGEDII:

1) PRZYCZYNA UDERZENIA

Nadal nie wiemy w zasadzie nic o BEZPOŚREDNIEJ przyczynie katastrofy. Nie wiemy dlaczego TU-154 w ostatniej fazie zbliżania do lotniska zaczął gwałtownie (ponadprzeciętnie szybko) zniżać lot poniżej „wysokości decyzji”, zahaczył o drzewa i uderzył w ziemię w lesie. Przed progiem pasa startowego. Nie wiemy czy wynikało to z błędów w pilotażu, czy z błędnego przekonania o wysokości i położeniu samolotu, czy z awarii, czy z jakichś innych jeszcze przyczyn. Wiemy natomiast że samolot znalazł się tuż nad ziemią na kilka kilometrów przed lotniskiem co przy normalnym podejściu do lądowania jest niemożliwe i się nie zdarza.

2) NAGRANIA Z KABINY

Z upublicznionych dziś nagrań audio z kabiny pilotów (przy założeniu ich 100% autentyczności) wraz z transkrypcją rozmów załogi (oglądałem u Sekielskiego w „Czarno na białym” w TVN24 dnia 12.01.11) wynika, że samolot nie rozbił się przy lądowaniu, ale przy zbliżaniu do lotniska. Z nagrań nie wynika by miały miejsce jakieś naciski na lądowanie. Do decyzji o tym czy „usiąść” w ogóle nie doszło bo piloci nie zdążyli jej podjąć. Tak wynika z rozmów załogi między sobą, załogi z pilotami JAKa-40 i załogi z wieżą. Piloci schodzili do wysokości decyzji (100 m), aby podjąć decyzję czy „siadać” (próbować wylądować na pasie). Do końca sądzili, że wszystko jest OK. Wieża również do końca (za wyjątkiem ostatnich kilku sekund, kiedy tuż przed uderzeniem padła jednorazowa komenda o odejściu) utwierdzała ich, że wszystko idzie prawidłowo. Z zamieszania i krzyków w kabinie można wywnioskować, że dopiero kosząc czubki drzew piloci zorientowali się, że są tuż nad ziemią. Przez wcześniejsze kilka sekund, (przy gwałtownym zniżaniu samolotu) w kabinie panuje milczenie. Dwa potencjalne wyjaśnienia: konsternacja (samolot nie reaguje na próby poderwania, piloci nie rozumieją co się dzieje) lub ingerencja w nagranie (wycięcie słów pilotów z których wynika, że chcą poderwać samolot czy że coś jest nie tak). Tak czy inaczej milczenie w tych ostatnich sekundach zniżania nie jest – z tego co mi wiadomo – zachowaniem standardowym.

3) PRACA WIEŻY

Co do zachowania wieży przeważająca opinia, z którą się spotykałem była taka, że wieża musiała zdawać sobie sprawę, że samolot jest za nisko. Rzadsza opinia: niedoskonałość sprzętu nie pozwalała tego jednoznacznie stwierdzić, a zniżanie w ostatnim momencie (od 100 m do wysokości drzew) nastąpiło na tyle szybko (kilka sekund), że mogli nie zdążyć zareagować. Dziś (12.10.11) w programie Moniki Olejnik minister Miller ujawnił, że Polska administracja jest w posiadaniu zdobytych drogą nieoficjalną stenogramów rozmów z wieży na lotnisku w Smoleńsku i zamierza je upublicznić. Rosyjski MAK oficjalnie odmówił przekazania Polsce zapisów takich rozmów. Rosja – do tego momentu – uniemożliwiała także Polsce przesłuchanie rosyjskich kontrolerów lotu. Z różnych przecieków wiemy, że na wieży poza kontrolerami byli również inni rosyjscy oficerowie, którzy pozostawali w stałym kontakcie z ośrodkiem decyzyjnym w Moskwie (słynna „Logika”).

4) PROBLEM NIEWŁAŚCIWEJ WYSOKOŚCI

Najprawdopodobniejszymi przyjmowanymi wyjaśnieniami zagadki niewłaściwej wysokości jest podanie błędnych nastawów do wyregulowania wysokościomierzy barycznych bądź nieporozumienie przy podawaniu nastawów (kwestia mierzenia ciśnienia nad poziomem morza / nad poziomem gruntu) bądź błędne wyregulowanie wysokościomierzy przez pilotów bądź awaria wysokościomierzy. Teoretycznie nie należałoby chyba też wykluczać wariantu, że pomiar wysokości był prawidłowy, a przyczyna zniżenia lotu i uderzenia była jakaś inna. Wyjaśnienie zagadki niewłaściwej wysokości będzie trudne ponieważ – z tego co mi wiadomo – odczyty wysokościomierzy barycznych nie są przechowywane w pamięci pokładowych rejestratorów parametrów lotu (tzw. czarne skrzynki).

5) KWESTIA WYSOKOŚCIOMIERZY

Wersja MAK jest taka (na ile ją dobrze zrozumiałem), że piloci błędnie ustawili wysokościomierze. Budzi ona wątpliwości o tyle, że ocena prawidłowości wyregulowania wysokościomierzy wymaga fizycznego przebadania ich elementów, a – jak widzieliśmy – zabezpieczenie szczątków samolotu było – delikatnie mówiąc – dość niedbałe. Niektóre tarcze instrumentów pokładowych walały się na miejscu katastrofy jeszcze wiele dni później (np. tarcza dźwigni otwarcia podwozia znaleziona na miejscu przez Polaków i przywieziona do Polski). Niektóre instalacje pokładowe natomiast były cięte i niszczone w trakcie „sprzątania” miejsca katastrofy, a więc jeszcze przed ewentualnymi szczegółowym badaniem (zdjęcia video cięcia nożycami hydraulicznymi instalacji pokładowych pokazała TVP1 w „Misji Specjalnej”). Do wyjaśnienia jest też zagadka miejsca przechowywania kabiny samolotu, w której były wysokościomierze i której – jak wynika ze zdjęć i nagrań – nie ma wśród szczątków składowanych pod gołym niebem na lotnisku w Smoleńsku. Otwartym pytaniem pozostaje też termin i tryb przekazania Polsce szczątków rozbitego TU-154.

6) ZAPISY PARAMETRÓW LOTU

Pytaniem otwartym pozostaje termin, w którym niezależni polscy i zagraniczni eksperci uzyskają dostęp do czarnych skrzynek i zapisu parametrów lotu. Bez tych zapisów jakakolwiek dyskusja o przyczynach katastrofy jest w zasadzie bezprzedmiotowa. Na ile mi wiadomo wraz z raportem MAK nie opublikowano całości zapisu wszystkich parametrów lotu, które zbierane były przez dwie oryginalne czarne skrzynki produkcji rosyjskiej i jeden dodatkowy rejestrator parametrów technicznych produkcji polskiej zainstalowany – jeśli się dobrze orientuję – przez Służbę Kontrrwywiadu Wojskowego. Rosjanie złamali obietnice co do terminu przekazania czarnych skrzynek, a zamknięcie dochodzenia MAK nie musi oznaczać przekazania czarnych skrzynek, ponieważ mogą je zatrzymać pod pretekstem trwającego ciągle śledztwa prokuratury rosyjskiej. Pozostaje też pytanie o to czy po ewentualnym przekazaniu Polsce czarnych skrzynek polska administracja będzie mogła opublikować ich treść. Niewykluczone, że specjalne „Memorandum” (podpisane przez ministra Millera przy odbiorzez stenogramów, w imieniu rządu Polski z rządem Rosji) zobowiązuje nas do nieupubliczniania tych danych. Warto przypomnieć, że rząd obiecywał ujawnić treść „Memorandum” podpisanego z Rosjanami, ale do dziś – na ile mi wiadomo – z tej umowy się nie wywiązał i jego zapisy pozostają nieznane opinii publicznej. Podpisywanie dodatkowych „Memorandów” (w randze umowy międzynarodowej – jak sądzę) nie jest standardową procedurą przy wyjaśnianiu katastrof lotniczych.

7) WIARYGODNOŚĆ ZAPISÓW CZARNYCH SKRZYNEK

W kontekście hipotezy o awarii samolotu czy celowej ingerencji w instalacje samolotu, jako ewentualnych przyczynach katastrofy, warto zaznaczyć, że podczas remontów TU-154 w rosyjskiej Samarze samoloty wojskowego specpułku przewożącego polskich oficjeli nie były objęte pełnym, 24-godzinnym nadzorem przez polskie służby specjalne, a rejestrator polskiej produkcji (który jako jedyny był odczytywany w Polsce i polska administracja ma jego zapisy od pierwszych tygodni po katastrofie) – na ile mi wiadomo – nie był demontowany na czas serwisu. Oznacza to, że Rosjanie mieli wówczas do niego mniej lub bardziej swobodny dostęp. Warto zaznaczyć, że polski rejestrator – na ile się orientuję – przechowywał tylko zapis wybranych parametrów lotu, natomiast zapisy audio z kabiny przechowywały wyłącznie rejestratory rosyjskie (oryginalne rejestratory TU-154). Warto też przypomnieć, że z rosyjskiej administracji wychodziły sygnały iż przy katastrofie rejestratory uległy uszkodzeniu, mimo że firmowo są przystosowane do przeciążeń wynikających z eksplozji (bombowe zamachy terrorystyczne) i spadania na ziemię z wielokilometrowych wysokości. Są to przeciążenia kilkudziesięciokrotnie większe, niż przeciążenia przy katastrofie w wyniku przyziemienia lotem ślizgowym. Pytaniem otwartym pozostaje też wiarygodność danych z czarnych skrzynek i możliwość manipulacji nośnikami (taśmy) na których zapisane są te dane oraz ślady (bądź ich brak), które takie manipulacje muszą pozostawić.

W powyższym przeglądzie problemów pominąłem kwestię topografii okolic lotniska (usytuowanie jaru) ponieważ z opinii z którymi się zetknąłem wynika, że przy prawidłowym podejściu i prawidłowo działającej aparaturze kwestia ta nie miała prawa mieć znaczenia. Pominąłem również kwestię prawidłowości działania i usytuowania dwóch naprowadzających radiolatarni NDB, ponieważ nie ma żadnych dających się zweryfikować danych na ten temat. Pominąłem również kwestię meteorologii (mgła) i innych lądujących samolotów (ryzykowne próby lądowania Iła rosyjskich służb) ponieważ nic dającego się zweryfikować na te tematy nie przeczytałem. Pominąłem również całkowicie wszystko co nastąpiło po katastrofie (chaos informacyjny, ekspresowe pocięcie i wywiezienie wraku, brak uporządkowania terenu, brak sekcji zwłok, wycinka drzew, mataczenia strony rosyjskiej etc. etc.) ponieważ te wszystkie fakty, ze względu na następstwo czasowe, nie mogą być przyczynami katastrofy (co nie znaczy, że nie należy ich przemyśleć).

Na koniec chcę podkreślić, że nie jest moją intencją wchodzenie w spekulacje o przyczynach zaistnienia bezpośrednich przyczyn katastrofy (hipoteza błędów, hipoteza awarii, hipoteza nacisków, hipoteza zamachu itd.). Wolałbym zostać przy podejściu typu: „Ustalmy co wiemy, a czego nie wiemy”.

 

PS
Uprzedzając ewentualne komentarze wyjaśniam, że nie jestem w powyższych sprawach żadnym ekspertem, moja wiedza jest fragmentaryczna i amatorska, a do napisania notatki skłonił mnie wyłącznie brak wnikliwości, krytycyzmu i żenujący poziom pytań zadawanych różnym ekspertom i „ekspertom” przez dziennikarzy telewizyjnych poruszających sprawę katastrofy prezydenckiego TU-154.

 

http://rebelya.pl/discussion/16220/krzysztof-bosak-syntetycznie-o-smolensku/#Item_0

Starsze info :

Oczywiście starałem się wyselekcjonować te najbardziej prawdopodobne. Wina Rosjan jest niemal pewna – pytanie czy było to przypadkowe czy celowe. Na celowe działanie wskazuje krótki film mogący świadczyć, że z katastrofy ocalało przynajmniej kilka osób.
Film nagrany na miejscu tragedii. Najlepiej słuchać ze słuchawkami. 00:12 Słychać po polsku stanowczym tonem „uspokój się” 00:16 „patrz mu w oczy” 00:21 „uspokój się” 00:44 „uchodit” 00:47 po rosyjsku „dawaj tuda paskuda” 00:48 „dawaj gnata!” 00:50 „ubijaj tuda” 00:53 „żyje” 00:57 strzał 00:59 „nie zabijaj mnie” 01:06 strzał 01:07 śmiechy 01:13 „gdie! na zad! 01:22 strzał. Według internautów widać również rannych w katastrofie ludzi. Minimum, jakie rząd Tuska musi zrobić, to powołanie międzynarodowej komisji ekspertów do wyjaśnienia tej katastrofy oraz natychmiastowe przewiezienie do Warszawy i sekcja zwłok wszystkich ofiar, a przynajmniej tych, które doznały znacznych obrażeń – należy sprawdzić, czy te obrażenia nie zostały dokonane wiele godzin po śmierci, aby ukryć ślady po nabojach. Zamieszczam kilka linków, ponieważ pierwszy filmik został usunięty z youtube.com i to samo może się stać z następnymi.
http://www.elblag24.pl/index.php?m=376&id=384
http://www.youtube.com/watch?v=frgKTW3jm_Y
http://www.youtube.com/watch?v=11LpvGjd9RU
http://www.youtube.com/watch?v=SHEHSfTdz4w&feature=player_embedded
http://www.dailymotion.pl/video/xcxpvt_first-minutes-after-the-crash-of-th_news
Ten sam filmik w rosyjskiej telewizji. Dźwięk jest w nim już ewidentnie zmanipulowany. Nie słychać strzałów ani krzyków.
http://www.youtube.com/watch?v=TjJX2xSL-sw&feature=player_embedded
– Biegliśmy. Chcieliśmy wyciągać ofiary, jednak nikogo nie mogliśmy znaleźć – relacjonuje pierwsze chwile po katastrofie ambasador RP w Rosji Jerzy Bahr. – Skierowałem się natychmiast za pierwszym zobaczonym wozem straży pożarnej i dzięki temu znalazłem się na miejscu bardzo, bardzo szybko. Po prostu biegłem przez jakieś tam łąki w tym kierunku, gdzie widać było, że się coś stało – opowiada Bahr. Gdy dotarł na miejsce szczątki samolotu jeszcze się paliły. – Zobaczyłem krajobraz jak po trzęsieniu ziemi – mówi. Nikogo? Czy to możliwe bez wybuchu/wybuchów w kabinie pasażerskiej?
http://wiadomosci.onet.pl/2155117,28350,wiadomosceu.html
Sławomir Wiśniewski, montażysta TVP był jedną z pierwszych osób, które dotarły na miejsce katastrofy prezydenckiego sam. – Patrzę w mgle i widzę, że idzie samolot bardzo nisko, lewym skrzydłem prawie w dół. I normalnie przez okno usłyszałem taki straszny huk. Widać było jakby coś było niszczone, tratowane. Dwa błyski ognia, ale nie jakaś wielki wybuch jak zwykle się widzi przy katastrofach lotniczych. Wiśniewskiego robił zdjęcia tylko przez chwilę. Potem został wyprowadzony przez służby ratownicze. – Próbowałem uciekać przed funkcjonariuszami, ale jak wpadłem w błoto, to już nie mogłem. Złapali mnie i kazali oddać kasetę – mówił Wiśniewski. Kaseta została uratowana tylko dlatego, że Wiśniewski dał im inną kasetę oraz wyciągnęli mu resztę kaset z plecaka, o czym mówił w TVP INFO.
http://www.tvp.pl/www.tvp.info/informacje/swiat/na-miejscu-byla-potworna-cisza/1642519
Sprawa 3 ciężko rannych. Informacja podana przez wiceministra spraw zagranicznych Paszkowskiego podobna do zupełnie niezwykłej śmierci kobiety uratowanej z samolotu przewożącego ministra USA w 1996 roku podejrzanego o korupcję. Oczywiście może to była plotka, ale przekazano ją wiceministrowi jako wiarygodną – gdyby te osoby żyły mogłyby powiedzieć co się działo na pokładzie tuż przed katastrofą, jeśli był wybuch w środku samolotu ich słowa byłyby niezbitym dowodem na to.
Po południu w dniu katastrofy na miejsce wokół wraku przyjechały koparki i ciężarówki, które sprzątają góry śmieci zalegające przy ogrodzeniu lotniska.
http://wiadomosci.onet.pl/2153248,12,smolensk_przepychanki_dziennikarzy_z_milicja,item.html
Zdjęcia z katastrofy, które zrobił świadek, zostały zarekwirowane przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa. – Wielu oficerów FSB, którzy ścisłym kordonem otaczają miejsce wypadku, pilnuje, aby nikt, w tym dziennikarze, nie zbliżył się w pobliże roztrzaskanego samolotu – powiedział na antenie TVN24 reporter „Faktów” Andrzej Zaucha.
http://www.tvn24.pl/0,1651564,0,1,samolot-rozstarzaskany–czesci–plonely-chaos,wiadomosc.html
Polski reporter zobaczył przyjazd wielu rządowych samochodów już w 10 minut po katastrofie.
http://wolnemedia.net/?p=21081
Komórki w niektórych sieciach nagle straciły zasięg.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100412&typ=tk&id=tk17.txt
W trakcie przesłuchiwania głównego kontrolera lotów informacje uzyskane przez Rosjan, a później przez polskich prokuratorów, w niektórych kwestiach znacznie się różniły. Chodzi o różnicę w liczbie podejść do lądowania i rzekomą nieznajomość rosyjskiego przez pilotów Tu-154M. Jeżeli ktoś jest przesłuchiwany dwa razy i mówi wówczas dwie różne rzeczy, wówczas trzeba przyjąć, że mówi nieprawdę. Tak to należałoby rozpatrywać. My, jako prokuratorzy, opieramy się na zdobytych informacjach i każdy dowód zostaje przez nas poddany późniejszej ocenie. Jeżeli wychodzi nam, że ktoś kłamie, wówczas wyciąga się konsekwencje. Aczkolwiek trzeba pamiętać, że w tym przypadku świadkowie przesłuchiwani są według procedury rosyjskiej, gdyż śledztwo prowadzi prokuratura rosyjska.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=tk&dat=20100414&id=tk05.txt
Na zdjęciach, wykonanych kilka godzin po tragedii, wojskowi wymieniają żarówki w naprowadzaczach na pas startowy. Publikujemy zdjęcia, wykonane przed godziną 18:00 przez białoruskiego fotografa i blogera, który był na miejscu zdarzenia. Na fotografiach widać wojskowych, niosących reflektory i kabel, a potem wymieniających lampy w żarówkach naprowadzających na pas startowy. Czy oznacza to, że wymieniany sprzęt był niesprawny? To jedno z pytań, na które – miejmy nadzieję – odpowiedzą polscy śledczy badający przyczyny katastrofy. Zdjęcia otrzymała pocztą elektroniczną polska Fundacja Wolność i Demokracja.
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/33027
Samolot z polskimi dziennikarzami wylądował wcześniej, później mgły się zwykle unoszą. Tymczasem świadkowie mówią o gęstej mgle. Zgromadzeni w odległym o kilkanaście kilometrów Katyniu mówią, że w momencie katastrofy nie było mgły, a jedynie chmury. Około 10 było już w rejonie lotniska pogodnie, co pokazywały telewizyjne kamery. Spostrzeżenia naocznych świadków katastrofy z okolic Smoleńska, wziąwszy pod uwagę, iż miała miejsce ( w/g czasu polskiego o 8,56) – w/g czasu moskiewskiego o 10,56. Przetłumaczone z rosyjskiego forum:
Winzard 11:56 – Rano żona jechała autem – mgły nie było żadnej!
Red Angel 11:59 – Właśnie ok. 11-tej mgła zrobiła się nagle gęsta.
http://forum.smolensk.ws/viewtopic.php?f=2&t=48375
Wywołanie mgły nie jest żadnym problemem technicznym. Zwraca uwagę fakt jej nagłe pojawienie się i zniknięcie, oraz fakt że błędne informacje przekazane pilotom z wieży kontrolnej nie miałyby żadnego znaczenia, gdyby piloci dobrze widzieli ziemię.
Główne śledztwo prowadzi prokuratura rosyjska. Niezależne postępowanie Prokuratury Wojskowej w Warszawie jest uwarunkowane przez śledztwo rosyjskie. Choć i nasze wnioski zostaną uwzględnione. Rosjanie na bieżąco informują polskich śledczych o postępach w śledztwie.
http://www.se.pl/wydarzenia/opinie/jestesmy-uzaleznieni-od-rosyjskiego-sledztwa_136276.html
Na wieży kontroli lotów powinni być polscy eksperci i służby, patrzeć Rosjanom na ręce. Rząd Tuska nie powinien na tym oszczędzać.
Zastanawiająca jest informacja świadków mówiąca o krążeniu nad lotniskiem przez około dwie godziny samolotu. Rosjanie mają od kilkudziesięciu lat perfekcyjnie opanowaną sztukę wywoływania deszczu przy pomocy jodku srebra, którego niewielka ilość po rozpyleniu powoduje powstanie niskiej chmury deszczowej.
Gdyby w Polsce rozbił się samolot prezydentem innego kraju, to po kilku godzinach przyleciałyby i przejęły kontrolę służby tego kraju aż nie odszukaliby ciał ofiar i wszystkich dokumentów i ważnych elementów samolotu (aparatura do nawigacji, łączności, książki kodowe, kody dostępu, itp.). Tymczasem Polska lekkomyślnie zdała się w pełni na Rosję.
Wrak samolotu. Widać kilka poszczególnych części samolotu, które można by było policzyć na palcach obu rąk. Było to może 10%, maksymalnie 15% kadłuba samolotu. Gdzie się podziała reszta szczątków tej potężnej maszyny? Jest to 55 tonowy samolot o powierzchni nośnej ponad 200 m2, zabierający max 160 pasażerów. Jedyny większy kawałek skrzydła widoczny na filmach ma jakieś 3-4 m2. Do tego fragment dziobu samolotu. A gdzie reszta? Już na pierwszy rzut oka widać było, że cały kadłub został dosłownie rozerwany na strzępy, w drobny mak – jego tam po prostu nie było! Co spowodowało takie uszkodzenia? Czy aby na pewno był to wybuch paliwa lotniczego? Świadkowie naoczni, pracownicy bazy i mieszkańcy potwierdzają, że samolot skręcał na bardzo niskiej wysokości, zahaczając niemalże o samochody jadące lokalną drogą. Kierowcy i przechodnie widzieli upadek oraz wybuch i pożar. Niektórzy twierdzą, że wybuch miał miejsce zanim maszyna rozbiła się o ziemię. Jak na sprawę nie patrzeć, Tupolew 154 jest konstrukcją typu nie gniotsa, nie łamiotsa. Prędkość przy lądowaniu jest znikoma, rzędu 200 km/h (i stąd wynika niebezpieczny brak manewrowości) i trudno przy takiej prędkości wytłumaczyć wrak w kawałkach. Wbrew wyobrażeniom samolot to nie jest latająca bomba, która przy uderzeniu wybucha. Więcej – paliwo lotnicze pali się jak każde inne, a wybucha tylko starannie zmieszane z tlenem. Jak zatem wytłumaczyć wybuch? Nijak. Przy tej prędkości wrak samolotu powinien być w jednym kawałku. Dodatkowo trzeba uwzględnić, że – zgodnie z oficjalną wersją oraz relacjami świadków – prezydencki tutek zahaczał o drzewa, więc spadł efektywnie z wysokości ok 20 m. Cały impet uderzenia pochodził zatem od ruchu w poziomie, przy minimalnej prędkości. Co wywołało eksplozję? Nie wiadomo. Rzadki zagajnik, w którym leżą szczątki, właściwie nie powinien być nawet przeszkodą przy szczęśliwym lądowaniu w lini prostej. Znane są przypadki awaryjnych lądowań Tu-154 na polach. Tu-154 ma konstrukcję konia roboczego i dlatego z lubością jest używany w wersji transportowej przez różnej maści mafie. Potrafi wylądować bezpiecznie (i wystartować) w metrowym śniegu oraz na polnej drodze. Nie ma lepszego samolotu dla przemytników. Skoro tak, dlaczego nie mógł położyć się na zagajniku? Bo pilot najwyraźniej będąc tuż nad ziemią, zorientował się, że pas lotniska jest z boku i do niego już nie zdążył dolecieć. Jeszcze raz: maszyna spadła przed pasem startowym, a nie za nim, jak by należało oczekiwać przy nieudanym podchodzeniu. Pilot celował w niewłaściwe miejsce na mapie. Czy był pijany, czy przyrządy wskazywały mu niewłaściwe położenie?
http://blogmedia24.pl/node/27550
Oto zeznanie naocznego świadka, który mówi, iż widział samolot, z którym dzieje się coś poważnego. Potem świadek ten usłyszał w oddali wielki hałas „jakby wybuchła bomba”.
http://wp.tv/i,Swiatek-katastrofy-polskiego-samolotu,mid,549061,klip.html
Paliwo czy to ropa czy benzyna nie eksploduje tak łatwo jak byśmy tego chcieli a jeśli już to siła eksplozji nawet znacznej ilości paliwa nie jest zbyt silna. Wielkiego pożaru nie było! Dodatkowo sama eksplozja jak twierdzą domniemani świadkowie była niejako krótkim błyskiem a tymczasem: paliwo eksplodując spala się dużo wolniej niż materiały wybuchowe dodatkowo mamy wtedy bardzo efektowną kulę ognia i gęsty czarny dym tak dopala się pozostała część paliwa która nie zdążyła wymieszać się z powietrzem. Nie bez przyczyny podczas kręcenia filmów stosuje się dodatkowo jakieś paliwo płynne. Nikt nie widział kuli ognia ani dymu. Ponoć był tylko szybki błysk i silna eksplozja co sugeruje użycie silniejszych materiałów wybuchowych gdzie prędkość detonacji dochodzi do 7000m/s co by tłumaczyło spory rozsiew kawałków samolotu i sporą fragmentację zwłok.
Ilość eksplozji. Niektórzy świadkowie mówią, iż słyszeli kilka odgłosów detonacji, inni wspominali o dwóch takich odgłosach. Dyrektor departamentu wschodniego MSZ nie słyszał eksplozji, jednocześnie wiedząc o tragicznym wypadku. W takim razie czy eksplozje te były wcześniej, w powietrzu, kiedy samolot był w pewnym oddaleniu od lotniska? Szczątki o małej wielkości są rozsypane po szerokim na co najmniej kilometr pasie. Skoro maszyna rozbiła się na ziemi, to co robią te szczątki na tak dużym obszarze? Wszystko wygląda na to, że maszyna rozbiła się już w powietrzu, zaś na ziemie spadały pojedyncze szczątki.
http://astral-projection.blog.onet.pl/2,ID404487538,index.html
Podejrzany jest stan ciał. Tylko 14 ciał udało się zidentyfikować bezpośrednio, przez rodziny ofiar. Na chwilę obecną media podają, iż w wypadku innych ciał potrzebne będą testy DNA. Wczoraj podano informację, iż niektóre ciała były rozczłonkowane. Na uwagę zwraca też inny fakt. Otóż pan Prezydent i pani Prezydentowa siedzieli obok siebie w momencie lądowania. Procedury zabraniają wychodzenia do toalety w czasie lądowania. Dlaczego więc ciało Prezydenta zidentyfikowano od razu, zaś ciało Pierwszej Damy rozpoznano dopiero po szczegółach typu obrączka ślubna? Przecież siedzieli obok siebie, a z tego, co głosi wersja kreowana przez media, na pokładzie nie doszło wybuchu bomby, który mógłby poczynić takie różnice? Dlaczego nie dokonano sekcji zwłok, która jednoznacznie ustaliłaby zamach. Gaz, związki chemiczne po wybuchu bomby, kula w ciele ofiary. W takich przypadkach jak ten szczegółowo powinny być zbadane ciała wszystkich pasażerów dosłownie centymetr po centymetrze.
http://astral-projection.blog.onet.pl/2,ID404487538,index.html
Jeżeli strona rosyjska nie ma nic do ukrycia w sprawie wypadku, to Rosjanie (obsługa lotniska, milicjanci, wojskowi) powinni być podczas przesłuchania podłączeni do wariografu. Szczególnie należy wypytać o strzały i krzyki tuż po katastrofie. Jest to katastrofa, w której zginęły najważniejsze osoby w państwie Polskim i dochodzenie do prawdy wymaga wyjątkowych starań i metod postępowania.
Zdaniem drugiego pilota samolotu prezydenckiego, kpt Tomasza Pietrzaka, było tylko jedno podejście do lądowania prezydenckiego samolotu. – Ci piloci, którzy byli szkoleni i wyznaczani na dowódców załogi musieli spełniać kryteria trzeźwej oceny sytuacji. Charakteryzowali się odpornością, która pozwalała mieć pewność, że nie będzie w żaden sposób ulegała presji, że będą tzw. „twardzielami” – komentuje pokątne insynuacje, jakoby pilot prezydenckiego samolotu miał ulec czyimś presjom, by jednak lądować w Smoleńsku, kpt Tomasz Pietrzak. Według jego wiedzy, podejść do lądowania było nie cztery, jak podaje strona rosyjska, a jedno. Samolot bowiem może podchodzić do lądowania tylko dwa razy, później musi odlecieć na lotnisko zastępcze. – Jeżeli lotnisko nie jest w stanie wykonywać żadnych operacji, to się je zamyka. Natomiast w tym przypadku były sugestie „proponujemy żebyście pojechali tu”, to nie był nakaz wykonania lotu na lotnisko zapasowe. Jeżeli byłby to nakaz, to byłoby jednoznaczne, nie byłoby dyskusji. Tu były sugestie, dlatego dowódca załogi mając możliwość lądowania zawsze sprawdza, robi jedno zajście, drugie zajście, więc może to sobie ocenić – twierdzi pilot.
http://fronda.pl/news/czytaj/kpt_pietrzak_to_nie_pilot_zawinil_nad_smolenskiem
„Nie możemy wykluczyć hipotezy, że piloci zostali wprowadzeni w błąd lub po prostu źle usłyszeli kolejne liczby od naprowadzającego ich kontrolera” – powiedział „Dziennikowi” jeden z polskich prokuratorów nadzorujących śledztwo w sprawie katastrofy pod Smoleńskiem. Zastanawia fakt, dlaczego w pewnym momencie zerwali łączność z Rosjanami.
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/32967
Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie wszczęła śledztwo w sprawie „nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym, w wyniku której śmierć ponieśli wszyscy pasażerowie samolotu TU-154 Sił Powietrznych RP, numer boczny 101, w tym prezydent  RP, pan Lech Kaczyński oraz członkowie załogi”. Bardzo mało wiadomo o okolicznościach, skąd pewność prokuratury, że było to nieumyślne?
http://wiadomosci.wp.pl/kat,1342,title,We-wraku-6-ofiar-glos-z-czarnej-skrzynki-odczytany,wid,12168692,wiadomosc.html
Lista rozbieżności w ocenie możliwych przyczyn katastrofy prezydenckiego samolotu.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=tk&dat=20100413&id=tk06.txt
Prezydencki Tupolew był wyposażony w urządzenie zabezpieczające, które ostrzega pilotów przed nadmiernym zbliżeniem się do ziemi. Ten fakt pogłębia tylko tajemnicę upadku i eksplozji samolotu z Lechem Kaczyńskim – pisze „USA Today”. Na zagadkowość katastrofy zwrócił uwagę dwa dni temu John Hamby, rzecznik Universal Avionics Systems of Tucson – producenta urządzenia, zwanego Terrain Awareness and Warning System (TAWS).TAWS zawiera skomputeryzowane mapy świata i ostrzega pilotów za każdym razem, gdy za bardzo zbliżą się do szczytu, wieży radiowej lub innej przeszkody – a także w przypadku zbyt małej odległości do ziemi. To bowiem właśnie kłopoty przy lądowaniu są najczęstszą przyczyną wypadków samolotowych. Od 2005 r. urządzenia TAWS są obowiązkowo montowane we wszystkich nowo wyprodukowanych samolotach linii komercyjnych. Jeśli samolot jest na zbyt małej wysokości, TAWS reaguje głośnym sygnałem dźwiękowym. Dzięki temu doprowadzono do całkowitego wyeliminowania katastrof lotniczych przy lądowaniu. Wystarczy powiedzieć, że od końca lat 90., gdy zaczęto montować TAWS w starych i nowych maszynach, ŻADEN samolot z tym systemem nie uległ katastrofie. Żaden – do 10 kwietnia 2010 r. Fakt, że prezydencki TU-154 miał zainstalowany TAWS, „stawia więcej pytań niż odpowiedzi” – stwierdził John Cox, konsultant ds. bezpieczeństwa i ekspert od wypadków. „Naprawdę chciałbym wiedzieć, co działo się na pokładzie, ponieważ niezależnie od tego, pod jaką presją byli piloci i z jakimi warunkami pogodowymi mieli do czynienia, nigdy żaden pilot nie zignorował ostrzeżenia TAWS. Czym różnił się ten samolot, że stało się inaczej?” – pyta Cox. Jedną z ewentualnych przyczyn – według Billa Vossa, prezesa Fundacji Bezpieczeństwa Lotów (Flight Safety Foundation) – może być niedokładność mapy Rosji w systemie TAWS. Ani rosyjscy, ani polscy śledczy badający sprawę katastrofy pod Smoleńskiem ani razu nie wspomnieli o systemie TAWS. Nie wiadomo też, czy z zapisu czarnych skrzynek udało się uzyskać informację o aktywności urządzenia.
http://www.niezalezna.pl/article/show/id/33083
Ze wstępnych informacji przekazanych premierowi Władimirowi Putinowi wynika, że przed wypadkiem rządowego Tu-154 silniki pracowały prawidłowo. Tymczasem świadkowie twierdzą, że odgłos silników był dziwny. Zapewnienia, że wybuchu i pożaru na pokładzie samolotu nie było również są sprzeczne z relacjami świadków, którzy mówią o wybuchu przed uderzeniem w ziemię.
http://www.rp.pl/artykul/461265_Nie_bylo_wybuchu_ani_ognia.html
Zdjęcie satelitarne szczątków samolotu prezydenckiego i pasa na którym miał wylądować.
http://img710.imageshack.us/img710/9725/smolenskv4.jpg
http://www.flickr.com/photos/digitalglobe-imagery/4515204703/sizes/o/
Zdjęcia pokazujące drzewa ścięte przez samolot i ich umiejscowienie. Obraz warto powiększyć.
http://img255.imageshack.us/img255/8929/095459e246f5.jpg
Trzy dni przed katastrofą prezydenckiego Tupolewa w Smoleńsku na tym samym lotnisku lądowały samoloty z Władimirem Putinem i Donaldem Tuskiem. Na ich przyjazd do Smoleńska sprowadzono dodatkowy sprzęt nawigacyjny. Jest prawdopodobne, że przed lądowaniem samolotu z Lechem Kaczyńskim sprzęt ten usunięto z lotniska. O sprawie w „Moscow Times” napisała znana rosyjska komentatorka Julia Łatynina. Źródłem informacji mieli być piloci znający procedury lotów rosyjskiego premiera. W rozmowie z korespondentem RMF FM Przemysławem Marcem Julia Łatynina powiedziała, że o ile wizyta Tuska była przygotowana, to wizytę prezydenta Kaczyńskiego rosyjskie władze traktowały jak zbędną.Kiedy Putin i Tusk przylatywali, na miejsce przywieziono specjalne radiolokacyjne przyrządy. Ponieważ nie było śladu takich urządzeń, gdy przylatywał Kaczyński, to oznacza, że je zabrano – mówiła Łatynina. – Otwarcie mówiąc ja nie potrafię sobie wyobrazić naszego premiera, który ląduje na starym lotnisku wojskowym, na którym niczego nie przygotowano. Pułkownik Bartosz Stroiński, dowódca Tupolewa, którym 7 kwietnia do Smoleńska poleciał premier Tusk powiedział, że załoga podchodziła do lądowania, wykorzystując standardowe wyposażenie tamtejszego lotniska wojskowego.
Jak twierdzą eksperci, Tu-154 ma dużą wysokość lądowania, co oznacza, że na sporej wysokości podchodzi do pasa, gdzie ma dotknąć ziemi. Zastanawiające jest więc, dlaczego będąc jeszcze dość daleko od miejsca przyziemienia, Tu-154 znalazł się ledwie kilkadziesiąt metrów nad ziemią i na tej wysokości zahaczył o drzewa. Każdy, kto choć raz oglądał podchodzenie do lądowania samolotów, wie, że nie lecą one tuż nad ziemią, ale docierają na skraj pasa na dość sporej wysokości. Czy maszyna mogła nagle stracić moc w silnikach, a w konsekwencji bardzo szybko stracić także wysokość, przez co pilot nie miał nawet czasu na to zagrożenie zareagować? Jeśli tak, to jaka była tego przyczyna? Trzeba postawić też inne pytanie: dlaczego prezydencki Tu-154 miał lecieć akurat do Mińska lub Moskwy? Przecież Rosja i Białoruś mają kilka innych lotnisk, głównie wojskowych, położonych znacznie bliżej Smoleńska, jak Wiaźma lub Witebsk. I na pewno mają one odpowiednie pasy do przyjmowania takich maszyn, skoro lądowały tam i lądują wojskowe transportowce.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=tk&dat=20100412&id=tk10.txt
Wypowiedź Ryszarda Drozdowicza z Laboratorium Aerodynamicznego Politechniki Szczecińskiej (ZUT). Jako pilot oceniam, że sugerowany w mediach błąd pilota jest mało prawdopodobny. Na podejściu do lądowania nie wykonuje się żadnych manewrów typu silne przechylenie lub nagłe zmiany prędkości. A takie silne przechylenie zauważyli świadkowie. Pilot wykonał dodatkowe kręgi nadlotniskowe, aby upewnić się co do warunków lądowania i na tej podstawie podjął uzasadnioną decyzję o lądowaniu. Nieprawdopodobne też jest, aby doświadczony pilot wraz z drugim pilotem pomylili się co do wzrokowej oceny wysokości, nawet w przypadku awarii przyrządów, która jest również nieprawdopodobna. Należy tutaj zauważyć, że mgła jest na ogół z prześwitami i przy dziennym świetle nie stanowi istotnej przeszkody do wzrokowej oceny warunków lądowania. Okoliczności wskazują jednak na poważną awarię lub celowe zablokowanie układu sterowania. Taką blokadę można celowo zamontować tak, aby uruchomiła się przy wypuszczeniu podwozia lub klap bezpośrednio na prostej przed lądowaniem. Przy blokadzie klap lub lotek na prostej katastrofa była nieunikniona, gdyż pilot nawet zwiększając nagle ciąg, nie był w stanie wyprowadzić mocno przechylonej ciężkiej maszyny, mając wysokość rzędu 50-100 m i prędkość rzędu 260 km/h.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?dat=20100410&typ=ks&id=ks19.txt
Elektromagnetyczna broń pulsacyjna jest w stanie usmażyć elektronikę na pokładzie pasażerskich samolotów. Informacje i części potrzebne do jej budowy dostępne są w internecie – „New Scientist” cytuje izraelskich ekspertów z International Institute for Counter-Terrorism w Hercliji. Do rozbicia samolotu wystarczyłby jeden silny puls z urządzenia ukrytego na jego pokładzie, ale i takiego na ziemi. Yael Shahar, dyrektorka Instytutu, zbadał używaną i dopiero projektowaną broń elektromagnetyczną i dla każdej znalazła tani odpowiednik możliwy do zbudowania „domowymi metodami”. Im technologia dojrzalsza, tym większym zagrożeniem może się stać – twierdzi Shahar.
http://www.tajne.org/forum/read.php?f=1&t=123700
Russian military carried out experiments in the past with electromagnetic weapons on its military base in the area of the military airfield where the plane of the Polish president tried to land. In 2008, Moscow said it had created the most powerful electromagnetic weapon of all time, known as the EMP (electromagnetic pulse), the Russian paper Pravda reported. „The immense power of billions of watts is being generated, and the weapon is of extremely small size. The innovation is that electromagnetic pulses emitted by the new weapon is much shorter, but extremely powerful, „said Gennady Mesyats, the Vice President of the Russian Academy of Science and director of the Lebedev Physics Institute.”Such small weapon has never been created in the past and yet it is extremely powerful. . There were similar devices, made during the Cold War, but their size was huge. Our device is at least 10 times more powerful than any weapon created abroad,” said Mikhail Yaladin, a scientist credited with the development of the electromagnetic super weapon. Any electronic equipment fails to operate in the near of the electromagnetic device, when the generator is running. The device was shown in Yekaterinburg. According to Russian military scientists, it produces results similar to a lightning stroke or a nuclear explosion. The weapon was called Nika, after the Greek goddess of victory.A weapon of this type can interfere with electronic equipment and engines of any aircraft. On April 12, the newspaper Ha’aretz noted that Russian solidarity with Poland in the Smolensk tragedy is only meant to deceive the world.
http://kavkazcenter.com/eng/content/2010/04/14/11842.shtml
Ze słów kontrolera lotów wynika, że było tylko jedno podejście do lądowania: Co nastąpiło dalej? On powiedział, ze zrobi jeszcze jedno koło i poleci na zapasowe lotnisko?- Nie, on powiedział, że jeśli nie wyląduje, to poleci na zapasowe lotnisko. Przyznał, że wszelkie dane – w tym także te o pułapie, na którym znajdował się Tu-154 – były podawane po rosyjsku, a nie w języku angielskim obowiązującym w międzynarodowym lotnictwie. Nasi piloci mieli mieć trudności ze zrozumieniem podawanych parametrów lotu. Na pokładzie nie było nikogo, kto znał rosyjski?- Byli, ale dla nich cyfry to czarna magia. To znaczy, że nie miał Pan żadnej informacji o ich wysokości?- Żadnej.
http://www.tvp.info/informacje/swiat/rozmawiali-z-wieza-po-rosyjsku-mieli-problemy/1645736
Tymczasem były dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego płk Tomasz Pietrzak zaprzecza i zapewnia, że dowódca samolotu doskonale rozumiał rosyjski.
http://www.tvn24.pl/-1,1651830,0,1,odradzalem-ladowanie-mowili–ze-sprobuja,wiadomosc.html
Zastanawia fakt, że Pan Wiśniewski mówił w TVP INFO, że widział czarną skrzynkę, a „oficjalnie” znaleziono je kilka godzin później… Skoro mówił to na antenie, to dlaczego nikt z „szukających” po prostu go nie spytał gdzie leży? Co działo się jeśli skrzynki jednak odnaleziono wcześniej niż się podaje? Brak wybuchu, ognia (bo to co widać na zdjęciach to ledwie małe ognisko) też zastanawia. I te dwa niewielkie wybuchy (jak stwierdził Pan Wiśniewski). Pilot zachowywał się tak jakby nie słyszał kontrolera lotów. No właśnie – może nie słyszał, dlaczego?  bo np. nie miał już sprawnego sprzętu. Wiele wskazuje na to jakby ni stąd ni z owąd elektronikę w samolocie szlag trafił! Około g. 21.20 wczoraj na TVP Info prowadząca rozmawiała z jednym z dziennikarzy wysłanych do Katynia do obsługi transmisji. Uderzyło mnie to co mówił… Około godziny wcześniej lądowali w Smoleńsku Jakiem-40. Bez żadnego problemu, przy dobrej pogodzie. Stwierdził: „No może pułap chmur był trochę niższy, to wszystko. To nie możliwe żeby w pogoda tak szybko się zmieniła!”. Tam była ładna pogoda. Warunki pogodowe były świetne!”. Potem powiedział jeszcze coś: „Jak-40 to samolot, że tak powiem, manualny. Wszystko zależy od pilota. Nie ma tam żadnej wypasionej elektroniki. Nie to co w Prezydenckim Tupolewie – tam było najnowocześniejsze oprzyrządowanie! Wylądowaliśmy Jakiem jak to się mówi „na kreskę”, bez żadnych, podkreślam żadnych problemów. To co mnie zdziwiło – mówi dziennikarz – to widok przez okienko samolotu jak kołowaliśmy po płycie, jak wojskowy samolot rosyjski „Ił” podchodzi do lądowania i…. ma jakieś problemy. Dziwnie przechylił się na jedno skrzydło… Potem poderwał maszynę. To było dziwne, bo jakby jakiś powietrzny prąd w niego uderzył nagle, a przecież my przed chwilą lądowaliśmy i nic takiego jak silny prąd powietrza nie miało miejsca.” No właśnie…. Przechylił się na jedno skrzydło…. Miał problemy z lądowaniem… Podobnie jak prezydencki TU-154. Czy „Ił” też był naszpikowany elektroniką? Czy właśnie „ubogość” i „zacofanie” elektronicznego wspomagania lotu w Jaku-40 miało ten dziwnie cudowny wpływ na bezproblemowość jego lądowania?
Montażysta TVP widział nienaturalnie przechylony samolot. Czy pilot, na tak niskiej wysokości wykonywał by tak ryzykowny manewr bez powodu? Jest to tym bardziej dziwne, że niedługo przed prezydenckim samolotem wylądował JAK z polskimi reporterami. Jakiś czas później próbował tam lądować transportowy IŁ, który wykonał dokładnie taki sam dziwny manewr, tzn. zaledwie kilka metrów nad ziemią przechylając skrzydło. Poza tym są relacje świadków, mówiące, że samolot leciał z przechyłem na jedno skrzydło, dowodem jest ścięte drzewo, któż tak podchodzi do lądowania ?! Czyżby samolot prezydencki nie miał urządzeń automatycznie stabilizujących go przy podchodzeniu do lądowania? Jest też relacja dziennikarza, który był w jaku lądującym godzinę przed prezydentem. Po wylądowaniu (twierdzi że lądował w o wiele gorszych nieraz warunkach), widział transportowy samolot, który dotknął płyty lotniska (dziennikarz nie jest w stanie potwierdzić, czy lądował, czy startował), i który przy tym niepokojąco przechylił się na prawe skrzydło, prawie dotykając jaka dziennikarskiego stojącego na drugim pasie. Dziennikarz użył słów „ratował się”.
http://astral-projection.blog.onet.pl/2,ID404487538,index.html
Rozmawiałam niedawno z ministrem Stasiakiem. Rozmowa dotyczyła kwestii transmisji, które były planowane od dawna w Telewizji Polskiej. I to co powiem za chwilę mówię z pełną odpowiedzialnością jako doradca zarządu Telewizji Polskiej. Przez godzinę rozmawiałam z ministrem Stasiakiem. I wtedy też odważnie zasugerowałam, żeby prezydent pojechał z wdowami katyńskimi pociągiem. Byłby to najbezpieczniejszy środek transportu. Po drugie, media mogłyby zobaczyć prezydenta, najważniejszego człowieka w państwie, który zauważył wdowy, sieroty katyńskie. Prezydenta, który byłby z nimi. Do tego pani Maria Kaczyńska, cudowny człowiek, który miał wspaniały kontakt z ludźmi starymi… Prezydent się zgodził. Dostałam informację, że prezydent podchwycił ten pomysł, że pojedzie z wdowami i sierotami katyńskimi pociągiem. Zaczęliśmy myśleć, żeby wysłać na bieżąco informacje z satelity z tej podróży prezydenta pociągiem do Katynia. Potem przyszła wiadomość, że tak go obsiedli, że jest decyzja, że poleci, a te wdowy pojadą same. Pomyślałam sobie, kolejny prezydent, który nie docenił wdów i dzieci katyńskich. Ktoś mu to odradził. Ktoś mu to odebrał… Ciekawe dlaczego?… wywiad z red. Anną Pietraszek, doradcą zarządu Telewizji Polskiej. Dodam, że ciekawe jest także kto doradzał lot samolotem.
http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/5541
Lataliśmy z wysokiej rangi wojskowymi, a jako dziennikarka podróżowałam czy to z prezydentem Lechem Wałęsą, czy to z innymi wysokimi urzędnikami państwowymi. Tak więc z mojego bogatego doświadczenia wiem, że ktoś, kto odpowiadał za bezpieczeństwo lotu, czyli nie tylko pilot, ale również generał, chronił listę osób, które miały być zabierane na pokład. Jestem tego absolutnie pewna, że taka lista nie miała prawa wydobyć się na światło dzienne, była po prostu tajna. Owszem, dziennikarze między sobą mogli wiedzieć, że leci np. minister obrony narodowej i taki czy inny dziennikarz, ale kto jeszcze, to już absolutnie nie było możliwe. Tymczasem lista pasażerów samolotu prezydenckiego dotarła do mnie w ubiegły poniedziałek, czyli otrzymałam pełen zestaw osób z rangami dowódców wojskowych włącznie. Listę tę otrzymałam od młodych dziennikarzy proszących mnie o konsultację w sprawie rozmów, jakie mieli przeprowadzić z osobami, które leciały w tym samolocie. Nie wiem skąd mieli tę listę. W każdym razie zdobycie tej listy i wysłanie jej do mnie nie było dla nich niczym specjalnie trudnym. Kiedy usłyszałam o katastrofie w pobliżu Lasu Katyńskiego, po kilku godzinach mogłam porównać listę, która została podana do wiadomości publicznej, z tą, która była w moim komputerze, i okazało się, że były identyczne. http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=tk&dat=20100413&id=tk04.txt
W Polsce od wielu lat trwa dyskusja i polityczne przymiarki do zakupu nowych maszyn dla VIP-ów. Kilkakrotnie anulowano przetarg w wyniku wykrycia korupcji. Dopiero podczas rządów Jarosława Kaczyńskiego doszło do finalizacji i podjęcia ostatecznej decyzji wymiany samolotów rządowych. Decyzję tę podjęto pomimo niewybrednej nagonki antyrządowej w mediach i sprzeciwu polityków Platformy Obywatelskiej. Jednak Donald Tusk obejmując urząd premiera podjął decyzję o definitywnej rezygnacji z przetargu na samoloty dla VIP-ów. Tusk oświadczył wtedy, że zakup nowych maszyn jest niepotrzebny i że lepiej byłoby gdyby głowa państwa i rząd latali samolotami wydzierżawionymi, a reszta urzędników państwowych, samolotami rejsowymi. Chcąc pokazać jak bardzo przekonany jest do tej – z gruntu niesłusznej – decyzji, premier Tusk w 2008 roku skorzystał z samolotu rejsowego lecąc z oficjalną podróżą do Stanów Zjednoczonych. Wywołał tym konsternację amerykańskich służb specjalnych. Koszt jego propagandowej podróży był większy niż koszt przelotu samolotem służbowym. Otwartym pozostaje pytanie czy nowy sprzęt dla VIP-ów mógłby zapobiec katastrofie. Zakładając dokładnie te same warunki pogodowe i podjęte decyzje pilotów, można stwierdzić, że nowoczesny samolot, o doskonalszej konstrukcji i lepszym wyposażeniu w systemy nawigacyjne, zachowałby się bardziej elastycznie przy podchodzeniu do lądowania i umożliwiłby nawet dokonanie operacji touch-and-go, czyli ponownego wzniesienia się przy próbie nieudanego lądowania.
http://www.bibula.com/?p=20278
Służby specjalne i PO przejmują władzę w Polsce, analiza. Oczywiście zakładając celowe działanie Rosjanie nie informowaliby o nim Polaków, najwyżej podjęli działania, aby niektórzy z polityków nie wsiedli do samolotu z prezydentem.
http://www.wykop.pl/artykul/347274/sluzby-specjalne-i-po-przemuja-wladze-w-polsce-analiza
Jarosław Kaczyński miał lecieć Tupolewem razem z bratem. Szefa PiS zastąpił jednak Zbigniew Wassermann. Gdyby nie jego chora mama, zginąłby w sobotę tak jak Lech Kaczyński, pierwsza dama i kilkudziesięciu najważniejszych ludzi w państwie.
http://www.wprost.pl/ar/191957/Nosimy-po-Was-zalobe
Eksperci ustalili, że taśma z zapisem parametrów lotów przemieściła się wewnątrz „czarnej skrzynki”, „najprawdopodobniej z powodu wstrząsu” – poinformował komitet w komunikacie. Rzecznik Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Zbigniew Rzepa jako jedyny z polskich prokuratorów uczestniczył w odsłuchiwaniu zapisów z czarnych skrzynek. Dlaczego mimo, że do Rosji pojechało 8 prokuratorów tylko jeden uczestniczył w tak kluczowym elemencie? Przy tej czynności powinno być przynajmniej kilku polskich prokuratorów.
http://fakty.interia.pl/raport/lech-kaczynski-nie-zyje/news/pierwsze-wyniki-badania-czarnych-skrzynek,1463092
Rosyjski kontroler nie bardzo orientował się, w jakim systemie należy podawać wartości ciśnienia atmosferycznego na lotnisku w Smoleńsku. To kluczowa wartość, bo od niej zależą wskazania pokładowych wysokościomierzy. W Rosji używa się innego systemu określenia tej wartości, niż jest to przyjęte w międzynarodowym lotnictwie. Na świecie przyjmuje się, że ciśnienie jest podawane według QNH, czyli średniego ciśnienia na poziomie morza. Inaczej rzecz ujmując, ten standard nie uwzględnia wysokości terenu. Ustawiony według tej wartości wysokościomierz wskazuje na lotnisku nie zero, a pewną wysokość – taką, na jakiej jest położony teren nad poziomem morza. Natomiast w Rosji używa się systemu QFE, czyli podaje się ciśnienie uwzględniające wzniesienie terenu. Tak ustawiony wysokościomierz pokazuje na lotnisku zero. Załoga prezydenckiego samolotu lecąc z ciśnieniem mierzonym według QNH, mogła sądzić, że jest wyżej, niż była w rzeczywistości. W tym momencie ważna jest komunikacja między kontrolerem a załogą, bo obie strony muszą ustalić, jakimi systemami się posługują. A z tym w sobotę był właśnie kłopot. Pod warunkiem, że kontroler wie, co mówi (…) A z tego, co słyszałem, to tak za bardzo nie wiedział o niektórych rzeczach, bo tam go pytali od razu nasi, co tam byli, on pytał, co to jest. Ale to już niech komisja sobie ustala – mówi pułkownik Tomasz Pietrzak, były dowódca pułku, który woził polskich VIP-ów. Być może dlatego tak ważne było ponowne przesłuchanie rosyjskiego kontrolera, o co zwróciła się strona polska po katastrofie. Korespondencja z wieżą jest już zapewne znana ekspertom z komisji. O ile zachowały się instrumenty pokładowe, możliwe będzie sprawdzenie ustawień wysokościomierzy, czyli to, jaka wartość ciśnienia została na nim ustawiona. Pilot zdecydował się na lądowanie, schodząc jak najniżej i szukając przez okna dziury we mgle, próbował posadzić maszynę. Można założyć, że ustawił na odpowiednich przyrządach tzw. wysokość decyzyjną – bezpieczną wartość nad terenem. Miał schodzić do tej wysokości i jeśliby warunki na to pozwoliły, wylądowałby. To jednak było niemożliwe, jeśli nie porozumiano się co do systemów wartości ciśnienia. Samolot schodził coraz niżej, a do założonej wcześniej wysokości decyzyjnej – według przyrządów – było jeszcze daleko. To by jednak nie przesądzało czy podano fałszywe dane przypadkowo czy celowo.
http://www.rmf24.pl/raport-lech-kaczynski-nie-zyje-2/kaczynski-spekulacje-o-przyczynach
Dla porównania rosyjski TU-204, który rozbił się w lesie pod Moskwą. Kadłub jest w dość dobrym stanie. Oczywiście znaczenie ma kąt uderzenia. Pracownik TVP słyszał 2 niezbyt głośne wybuchy, tak jakby były one w środku kadłuba przed uderzeniem w ziemię.
http://news.bbc.co.uk/2/hi/europe/8580179.stm
Na myśl na katastrofie przypomina się upadek samolotu w którym zginął minister w rządzie Billa Clintona, Ronald Harmon Brown. Sprawa bardzo podejrzana – m.in. 3 telewizje poinformowały o wydobyciu czarnych skrzynek, a władze stwierdziły że to były przedmioty tylko wyglądające identycznie, fałszywie informowano o złej pogodzie, a jedyna ocalała z katastrofy tuż po uratowaniu złamała kark. Polityk, który zginął miał stanąć przed niezależnym prokuratorem i ostrzegł, że nie pójdzie do więzienia sam. http://en.wikipedia.org/wiki/Ron_Brown_%28U.S._politician%29
http://whatreallyhappened.com/RANCHO/CRASH/BROWN/brown.html
W wyemitowanym miesiąc temu „fałszywym” reportażu TV podano informację o śmierci Lecha Kaczyńskiego. Audycja, która miesiąc temu wywołała popłoch wśród Gruzinów, opowiadała o ataku Rosjan na Gruzję. W wyniku inwazji śmierć miał ponieść prezydent Gruzinów Micheil Saakaszwili. Co ciekawe – w filmie poinformowano też o wybuchu lecącego na pomoc Gruzji samolotu Lecha Kaczyńskiego. Zasugerowano, ze za zamachem na prezydenta RP stoją Rosjanie. Komentatorzy twierdzili wówczas, że za emisją programu, stylizowanego na prawdziwy reportaż z bieżących wydarzeń, odpowiedzialne są gruzińskie władze, pragnące na podstawie informacji wywiadowczych przestrzec przed imperialnymi planami Rosjan.
http://niezalezna.pl/article/show/id/32899
Dlaczego władze Rosji tak pospiesznie informują o błędzie jednego z najbardziej doświadczonych z polskich pilotów, od razu wszczynając śledztwo z odpowiedniego paragrafu? Jak to możliwe żeby samolot znajdujący się na wysokości zaledwie kilkunastu metrów tak doszczętnie się rozbił? Drzewostan w okolicy jest rzadki i z niewielkimi drzewkami. Co przyczyniło się aż do takiej skali katastrofy ? Niedawno w Holandii zdarzył się podobny wypadek i prawie wszyscy ocaleli.
http://www.globalnaswiadomosc.com/prezydentzginal.htm
Od katastrofy prezydenckiego TU-154 minęło ledwie kilka dni, śledztwo w tej sprawie potrwa na pewno jeszcze wiele tygodni, może nawet miesięcy, a strona rosyjska już wykluczyła awarię maszyny. I twierdzi, że do katastrofy miała rzekomo przyczynić się lekkomyślność polskich pilotów i brak znajomości języka rosyjskiego, co utrudniało kontakty z wieżą kontroli lotów. Takie przesądzanie sprawy dziwi ekspertów. Ekspertów od wypadków lotniczych takie stanowisko zaskakuje, bo przecież aby wykluczyć awarię samolotu, trzeba najpierw przeprowadzić skrupulatne badania wraku. W przypadku katastrofy trzeba zebrać wszystkie kawałki samolotu i złożyć je w hangarze. Wtedy inżynierowie, technicy, specjaliści od budowy silników, aerodynamiki, konstrukcji samolotów, wytrzymałości materiałów muszą obejrzeć dokładnie wszystkie szczątki i wydać opinię na temat ewentualnych przyczyn katastrofy. Przecież piloci mogli nawet nie zdążyć poinformować wieży o kłopotach z samolotem, bo wszystko mogło wydarzyć się dosłownie w ciągu sekundy. Zresztą nie trzeba być ekspertem od lotnictwa, aby zauważyć, iż autorytatywne rozstrzyganie sprawy dotyczącej stanu technicznego tupolewa jest teraz zbyt wczesne.- Skoro my na polecenie prokuratury badaliśmy często przez wiele dni różne elementy silnika, zawieszenia, hamulce, instalacje elektryczne, aby poznać stan techniczny samochodu i czy nie to było przyczyną wypadku, to jak bez ekspertyzy można wydawać jednoznaczną opinię o stanie technicznym samolotu? – zastanawia się inżynier Stanisław Krupski, który był przez kilkadziesiąt lat rzeczoznawcą samochodowym i uczestniczył w badaniu wielu rozbitych aut, biorących udział w śmiertelnych wypadkach drogowych. – Przecież duży samolot pasażerski to o wiele bardziej skomplikowana maszyna niż nawet najnowocześniejszy samochód – dodaje. Kontrolerzy mieli mu podobno radzić, aby poleciał do Mińska lub Moskwy, gdzie można bezpiecznie lądować. Tymczasem jak podkreśla wielu pilotów, ich koledzy nie byli samobójcami i skoro decydowali się na lądowanie, to musieli stwierdzić, iż można lądować. Po pierwsze, mgła (o ile była) nie musiała być dużą przeszkodą, bo zawiera ona wiele prześwitów, przez które dobrze widać lotnisko. O tym, że warunki jednak pozwalały na posadzenie maszyny, świadczy przede wszystkim to, iż lotnisko nie zostało zamknięte. Gdyby podjęto decyzję o zamknięciu portu, żadna maszyna nie mogłaby tam lądować – także Tu-154 z prezydentem Kaczyńskim na pokładzie. Skoro – jak twierdzą Rosjanie – tuż przed przylotem polskiego samolotu nie zezwolono na lądowanie rosyjskiemu wojskowemu samolotowi transportowemu, to dlaczego nie zamknięto portu? Jednak jeden z kontrolerów lotu – Paweł Plusnin zapewnia, że radził załodze lot do innego miasta. Na pytanie, dlaczego pilot go nie posłuchał, odpowiedział: „To jego trzeba by zapytać”. Trudno o przykład większej arogancji i braku taktu, w sytuacji gdy powszechnie wiadomo, iż wszyscy, także piloci, zginęli w katastrofie. Kuriozalne jest także twierdzenie, że polscy piloci nie znali rosyjskiego i dlatego mieli problemy z porozumieniem się z wieżą. Bo piloci rosyjski znali bardzo dobrze. Żaden z nich nie zostałby wysłany na lot do Smoleńska, gdyby nie posługiwał się biegle językiem rosyjskim. To nie jest zwykłe lotnisko cywilne, ale dawne wojskowe. Nie ma tu regularnych lotów i obsługa jest rosyjskojęzyczna. I za każdym razem, gdy jakiś polski samolot tam lądował, musiał nim kierować pilot znający język rosyjski. W dodatku 36. specjalny pułk lotniczy, który zawiaduje prezydencką flotą powietrzną, nie raz organizował loty do krajów za naszą wschodnią granicą, również do Smoleńska, i dla nikogo nie było zaskoczeniem, że z tamtejszą wieżą trzeba się porozumiewać po rosyjsku. Tym bardziej że ci piloci przylecieli kilka dni wcześniej Tu-154 do Smoleńska, gdy przywieźli delegację na czele z premierem Donaldem Tuskiem na uroczystości z udziałem premiera Rosji Władimira Putina. Ale rosyjska wersja katastrofy już przedostała się do zachodnich mediów. I być może o to Rosjanom chodziło, aby przekaz był taki, jak we włoskiej lewicowej gazecie „La Repubblica”, który napisał, iż należy wyjaśnić, dlaczego „dwóch doświadczonych pilotów wykazało się tak małym profesjonalizmem, że chcieli wylądować w Smoleńsku za wszelką cenę”.
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=tk&dat=20100413&id=tk05.txt
Skrzydlata Polska 11/2008 Tomasz Hypki. Władzę objął rząd Donalda Tuska, ale Maciej Wnuk pozostał w MON. Trafił nawet do… rady nadzorczej AMW. Mógł więc dalej wpływać na procedurę zakupu samolotów dla VIP. I to mimo oczywistego zamieszania w wiele afer (poza sprawą samolotów, m.in. próba doprowadzenia do zerwania dostaw KTO Rosomak i spowodowanie niepotrzebnego zniszczenia kompletnie wyposażonego transportera o dużej wartości). Sytuacji nie zmieniło nawet pismo Transparency International Polska (TIP), z którego wynikało, że niezależni obserwatorzy przetargu na zakup samolotów dla VIP, powołani na podstawie porozumienia MON z tym stowarzyszeniem, nie są znani jego władzom, a faktycznie reprezentują znaną kancelarię prawną. TIP nie było nawet informowane o działaniach tych obserwatorów. Z pisma wynikało, że przynajmniej niektóre z tych osób zostały mianowane przez ministra obrony narodowej po rekomendacji… Macieja Wnuka. Z innej korespondencji wynika, że zajmujący się walką z korupcją urzędnik MON próbował wyeliminować z udziału w procedurach przetargowych co bardziej niezależnych ekspertów, choćby pod pretekstem konfliktu interesów związanego z pracą w… Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Wnuk pozostał, bo jego patron zmienił koalicję i resort, ale ma nadal ogromne wpływy w MON. Odeszli za to inni ludzie, którzy mogli przeprowadzić uczciwy przetarg na samoloty dla VIP. Przede wszystkim dr Jerzy Krawiec, sekretarz komisji przetargowej, który zaproponował obiektywne procedury uwzględniające koszty eksploatacji, z wykorzystaniem programów używanych przez wyspecjalizowane przedsiębiorstwa na całym świecie. Tacy niezależni specjaliści nie są potrzebni w kraju przypominającym pod wieloma względami republikę bananową.
Rosjanie mieli kilka motywów. Przy czym nie musieliby o tym wiedzieć obaj przywódcy. Miedwiediew do niedawna uważany za marionetkę, od 4 miesięcy wykazuje się coraz większą samodzielnością. Wywalenie bez konsultacji z Putinem 18 generałów milicji, całego zarządu więziennictwa i połowy szefostwa prokuratury – to było wypowiedzenie wojny. Po antyputinowskich demonstracjach w przeszło 100 miastach Rosji, początkowo nikt nie zwrócił uwagi, że były to miasta garnizonowe. Teraz się już mówi, że siłą wspierającą Miedwiediewa jest armia, która nie tylko dąży do pozbycia się kurateli kagebistów, ale też do przejęcia całości schedy po nich. Zatem mogłoby to być nie tylko wymierzone w Polskę, ale elementem wewnętrznej rozgrywki w Rosji, a w przypadku bezpardonowej walki ze sobą służb siłowych Rosji kontrola Miedwiediewa i Putina nad nimi może być niepełna.
Rosjanie mogą zyskać na śmierci Kaczyńskiego. Pretendował do roli lidera w regionie widzianym przez Rosjan jako ich naturalna strefa wpływów (Europa Środkowa); – był głównym polskim politykiem, który nie obawiał się wystąpić przeciw interesom Rosji (a w obronie interesu Polski) na forum UE, jak trzeba było, to drastycznie (np. blokując rozmowy UE-Rosja), wszedł w drogę Rosjanom w Gruzji (zwrócił uwagę Europy, a może i świata na to, co tam Rosjanie robili), a pewnie i na Ukrainie podczas pomarańczowej rewolucji. Ale oczywiście nie można wykluczyć wyeliminowania Prezesa NBP w celu wprowadzenia w Polsce waluty euro czy przejęcia akt Biura Bezpieczeństwa Narodowego przez ludzi na których Rosjanie mają wpływ poprzez WSI. Oczywiście te osoby nie byłyby informowane o bestialskim zamiarze, ale szantażowane już po katastrofie aby wypełniać wolę Rosjan. Na pokładzie samoloty był szef polskich wojsk, Generał Gągor. Za kilka miesięcy miał zostać szefem wojsk NATO. Polak na czele wojsk NATO? Czy jest większa zniewaga dla Rosjan? Na pokładzie był też szef wojsk specjalnych.
Dlaczego Rosjanie proponowali lądowanie w Moskwie lub Mińsku? Są bliżej lotniska wojskowe spełniające podobne kryteria jak przestarzale wyposażone lotnisko w Smoleńsku. Podając tak odległe lotniska Rosjanie mogli być pewni, że pilot podejmie przynajmniej jedną próbę wylądowania w Smoleńsku – pilot nie wiedział jak gęsta jest mgła, w przypadku bardzo gęstej o jakiej mówi się że nagle pojawiła się dziwnym trafem akurat tuż przed lądowaniem samolotu prezydenckiego Rosjanie powinni zamknąć lotnisko. Nie zrobili tego. Jeśli dodamy do tego możliwość zakłócenia lub wyłączenia urządzeń elektronicznych (w tym także celowego zafałszowania wskazań wysokościomierza na przykład o 50-100 metrów) to katastrofa była praktycznie pewna mimo przekonania pilota, że ryzyko jest minimalne – po prostu w razie nieudanego podejścia wiedział, że spokojnie przeleci nad pasem startowym i poleci na inne lotnisko, tak jak potężny Ił-62, który zrobił to samo przed samolotem prezydenckim.
Obecne przyjazne zachowanie władz Rosji nie wyklucza zamachu. Putin dopuszcza do dziś do mordowanie niewinnych kobiet i dzieci w Czeczenii, zaatakował Gruzję, Jesienią 1999 roku w Moskwie doszło do serii eksplozji w domach mieszkalnych. Potężny wybuch zniszczył też jeden z domów w Wołgodonsku. Zginęło ponad trzysta osób. O dokonanie zamachów władze oskarżyły czeczeńskich terrorystów. W rosyjskiej prasie pojawiły się informacje, iż ich sprawcami mogły być w rzeczywistości rosyjskie służby specjalne, które chciały dostarczyć Putinowi pretekstu do ostatecznego rozwiązania problemu Czeczenii. Znamy również z historii przypadek domniemanego zamachu przez władze, po którym osobę zabitą te same władze niezwykle uhonorowały. Siergiej Kirow w 1934 na XVII Zjeździe WKP(b) podczas głosowania władz partyjnych otrzymał więcej głosów niż Stalin. Podobno bardzo zazdrosnego o swoją pozycję Stalina zdenerwowało to, że przemówienie Kirowa podczas XVII Zjazdu WKP(b) poprzedziła 10-minutowa owacja (zamiast zwyczajowej 5-minutowej), która przysługiwała Stalinowi. Na zjeździe wybrany członkiem Biura Organizacyjnego i sekretarzem KC, ale 1 grudnia 1934 został zastrzelony przez bolszewika Leonida Nikołajewa. Wielu historyków uważa, że zabójstwo Kirowa było zlecone przez Stalina i zorganizowane przez NKWD. Zarzut uczestnictwa w spisku postawiono wielu dawnym działaczom podczas wielkiej czystki. Pochowany w murze Kremla, jego nazwiskiem nazwano liczne przedsiębiorstwa i miasta (Kirow  w Rosji, Kirowabad  w Azerbejdżanie, Kirowohrad  na Ukrainie).
Jak powiedział Krzysztof Parulski naczelny prokurator wojskowy to Rosjanie prowadzą śledztwo i tylko informują Polaków o jego efektach – jeśli będą chcieli cokolwiek ukryć lub podmienić, pamiętając historię (mataczenie po wypadku okrętu atomowego Kursk, po zajęciu przez terrorystów szkoły w Biesłanie, a nawet doniesienia o organizowaniu przez Rosjan zamachów na wieżowce u siebie w kraju i zrzucanie winy na organizacje terrorystyczne) tylko człowiek bardzo naiwny może myśleć, że tego nie ukryją. I to nie tylko w przypadku zamachu, ale też gdyby było jakiekolwiek nieumyślne zaniedbania (na przykład błędne wskazania wysokości pilotowi czy złe oświetlenie pasa i jego okolicy). Dziwi pewność płk Zbigniewa Rzepy, że Rosjanie niczego przed nami nie ukrywają, o wszystkim nas informują. Zresztą to właśnie on jako jedyny był przy odsłuchiwaniu czarnych skrzynek. Dlaczego mimo, że do Rosji pojechało 8 prokuratorów tylko jeden uczestniczył w tak kluczowym elemencie? Przy tej czynności powinno być przynajmniej kilku polskich prokuratorów.
Filip Stankiewicz
***************************************************************************
Informacja, że Tu-154 podchodził do lądowania prawie do końca na autopilocie, w 100 proc. potwierdza tezę, że załogę wprowadzono w błąd przy użyciu tzw. meaconingu – twierdzą Marek Strassenburg Kleciak, specjalista ds. systemów trójwymiarowej nawigacji, i Hans Dodel, ekspert od systemów nawigacji i wojny elektronicznej, autor książki „Satellitennavigation”.
Z raportu rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego wynika (zauważyła to telewizja TVN24), że samolot prezydencki podchodził do lądowania na autopilocie, który sterował zarówno wysokością, ciągiem, jak i kursem rządowej maszyny. Wyłączenie autopilota nastąpiło 5,4 sekundy przed uderzeniem w pierwszą przeszkodę.
To bardzo ważna informacja. Autopilot jest urządzeniem do automatycznego sterowania samolotem, pobierającym do tego celu dane z GPS i innych wskazań przyrządów pokładowych. Dodajmy, że wyłącza się go jednym ruchem ręki, a więc w ciągu sekundy można – jeśli jest taka potrzeba – przejść na sterowanie „ręczne”.
Ostatni etap przed lądowaniem na autopilocie to przelot przez kolejne, blisko obok siebie leżące tzw. waypoints: 10 km przed pasem / wysokość 500 m, 8 km / 400 m, 6 km / 300 m, 4 km / 200 m, 2 km / 100 m – ten ostatni punkt to tzw punkt decyzji i wysokość decyzyjna: jesli pilot nie widzi tutaj pasu startowego, to MUSI zrezygnować z lądowania i polecieć na inne lotnisko. Tymczasem załoga polskiego samolotu (w tak trudnych warunkach pogodowych) wyłączyła pilota dopiero 5 sekund przed katastrofą, mimo że – jak już zaznaczyliśmy – można to zrobić w sekundę.
Dziennik “Fakt”, powołując się na rosyjskiego prokuratora, który słyszał rozmowy w kokpicie, napisał kilka dni temu, że parę sekund przed tragedią piloci – dotąd spokojni – zaczęli wołać: “Daj drugi… W drugą!” Musiał być to po prostu pierwszy moment, w którym załoga zorientowała się, że jest w złym miejscu i na złej wysokości – prawdopodobnie minęli wtedy znajdującą się tam antenę NDB.
Dlaczego piloci schodzili spokojnie do lądowania na autopilocie i dopiero kilka metrów nad ziemią zorientowali się, że samolot jest tak nisko? Wytłumaczenie jest tylko jedno: autopilot opierał się na błędnych danych satelitarnych.
To, że 10 kwietnia pod Smoleńskiem odbiór GPS w Tu-154 był zakłócony – co doprowadziło do błędu pozycji samolotu w pozycji horyzontalnej – jest oczywiste. Najprostszą metodą takiej agresji jest meaconing, polegający na nagraniu sygnału satelity i ponownym nadaniu go (z niewielkim przesunięciem w czasie i z większą mocą) na tej samej częstotliwości w celu zmylenia załogi samolotu. W przypadku Tu-154, podchodzącego właśnie do lądowania, wystarczyłoby niewielkie przekłamanie sygnału, by doprowadzić do tragedii. Meaconing można “ustawić” z precyzją do 0,3 metra, a do zaburzenia prawidłowego działania może dojść ze źródła oddalonego nawet kilkadziesiąt kilometrów od samolotu. W podobny sposób można też zmylić wysokościomierz radiowy. Gdyby dodać do tego przekazanie nieprawdziwej wartości ciśnienia barometrycznego (Rosjanie nie poinformowali dotąd, jakie ciśnienie podali dowódcy Tupolewa), załoga samolotu była – nawet przy dużo lepszej widoczności niż ta, która panowała w Smoleńsku – bez szans. Charakterystyczne ukształtowanie terenu przed lotniskiem Smoleńsk-Siewiernyj – rozległa niecka – stanowiło dodatkową gwarancję powodzenia ataku.
Wskazania wysokości przez GPS nie były prawidłowe, ale mimo wszystko wystarczające, by uruchomić EGPWS (system ostrzegający pilotów o odległości samolotu od gruntu). System ten włącza się, gdy samolot schodzi poniżej 666 metrów nad ziemią. Piloci słusznie zignorowali ostrzeżenie EGPWS (jako że jego zadaniem jest ostrzegać przed zbliżającą się ziemią i robi on to za każdym razem, kiedy się laduje) i lecieli dalej, oczekując, że za jakiś czas zobaczą pas startowy. Problem w tym, że EGWPS także opiera się na pomiarach położenia uzyskanego z odbiornika GPS i wysokości z wysokościomierza radiowego: Tu-154 wkrótce znalazł się więc 5 metrów nad ziemią. Piloci nie zdążyli nawet poszukać wzrokiem pasa startowego… Jeszcze raz powtórzmy: skoro samolot leciał na włączonym autopilocie, to piloci wierzyli, że są znacznie wyżej i w innej pozycji.
Dla laików wątpiących w techniki rodem z Jamesa Bonda: od czasu lotniczych zamachów terrorystycznych w Nowym Jorku na World Trade Center w prawie wszystkich krajach świata używa się meaconingu do ochrony obiektów specjalnego znaczenia, takich jak np. elektrownie atomowe.
Atak na przyrządy nawigacyjne można stwierdzić po analizie czarnych skrzynek. Niestety, rejestratory lotu to nośniki magnetyczne i usunięcie śladów meaconingu – zwłaszcza dla służb znających od podszewkę budowę Tu-154 i jego przyrządów – nie jest trudnym zadaniem. Wystarczy, żeby nikt im w tym nie przeszkadzał.
Marek Strassenburg Kleciak
specjalista ds. systemów trójwymiarowej nawigacji
Hans Dodel
ekspert od systemów nawigacji i wojny elektronicznej, autor książki „Satellitennavigation”
Dokładna analiza opinii polskiego i niemieckiego eksperta na podstawie najnowszych danych już w następnym numerze “Gazety Polskiej”
——————————————————
Z dzisiejszego wydania portalu gazeta.pl. Fragmenty artykułu pt. „Piloci wściekli na rosyjski raport”:
[…] – Z raportu MAK wynika, że wojskowy pilot leciał na łeb na szyję, wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa, narażając życie pasażerów i swoje – podkreśla oburzony pilot z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. – A naszej jednostce przypnie się łatkę wariatów. Arek [kpt. Arkadiusz Protasiuk, dowódca załogi Tu-154] był najspokojniejszym człowiekiem na świecie, wyważonym. Nigdy nie zrobił niczego przeciwko procedurom.
– Mieli prawo podjąć próbę podejścia do lądowania – dodaje jeden z oficerów 36. Pułku. – Zejść na wysokość decyzyjną, a wtedy, kiedy pilot przekonuje się, że nie wyląduje, odchodzi znów do góry. Byli poniżej tej wysokości, ale rosyjski raport wciąż nie odpowiada na pytanie: dlaczego. […]
***************************************************************************
Do katastrofy nie miało prawa dojść ! Kto tak naprawdę zawinił ?
Tak, jak większością rodaków w Polsce i za granicą, wiadomość o katastrofie w Smoleńsku i śmierci pary prezydenckiej oraz tylu znanych i wybitnych Polaków, wstrząsnęła nami do głębi. Nie obeszło się bez łez i długiej chwili zadumy.
Najpierw było więc niedowierzanie i zwykły szok. Potem, powoli zaczął docierać do nas fakt, iż stało się coś niesamowitego, niewyobrażalnego – coś co nie powinno się nigdy wydarzyć i może mieć daleko idące konsekwencje dla Polski i być może też dla całego świata.
No właśnie – nie powinno się było wydarzyć a jednak się wydarzyło… Bardzo szybko zakiełkowały w nas, jak i u wielu Polaków pytania: Dlaczego ? Jak do tego w ogóle mogło dojść ?
Od razu zwróciliśmy uwagę na to, że informacje podawane przez media są jakby jednostronne, bardzo ubogie, a co najgorsze – często sprzeczne i nielogiczne. Relacje z wypadku rażąco odbiegały od tych, które pamiętaliśmy z innych, wcześniejszych katastrof. Część z tych relacji można by przypisać chaosowi jaki towarzyszył pierwszym godzinom po wypadku, ale nie wszystkie. Sporo z nich wskazywało wyraźnie, iż od samego poczatku próbuje się narzucić jedną tylko wersję zdarzeń, a to mogło by znaczyć że była ona wcześniej pieczołowicie przygotowana.
Dość już służalczości i fałszu głównych mediów, których zachowanie sięga absurdu, powtarzających w kółko te same opinie i ujęcia (jakby inne nie istniały), przekręcających wypowiedzi (tylko te, które nie służą oficjalnej wersji) i pokazujących głównych polityków w świetle chwały (tych żyjących), tak jakby nasza polityka zawsze była świetlana i tylko wewnętrzne kłótnie miały by być jedynym problemem polskiej sceny politycznej.
Od samego początku próbuje się zwalić winę na nieżyjącego pilota- śp. Pana Arkadiusza Protasiuka, najwyższej klasy pilota, który nie może się już bronić. Czyni się tak, nie licząc się z konsekwencjami dla jego rodziny i wbrew nawoływaniom do uczczenia pamięci WSZYSTKICH, którzy tragicznie zginęli. Rosyjskie i polskie media, podając w pierwszych godzinach liczbę ofiar nie wspominały prawie w ogóle o załodze samolotu, tak jakby byli oni ludźmi gorszej kategorii. Najwyższy czas abyśmy zwrócili uwagę na brutalność i zwykłą bezmyślność, tak polityków jak i mediów i wstawili się za tym człowiekiem. Najwyższy czas uhonorować załogę samolotu i funkcjonariuszy BOR na równi z innymi ofiarami. Oni też zginęli na służbie.
oniżej postaramy się wyjaśnić Wam na czym te wszystkie różnice i sprzeczności, a nawet i kłamstwa polegały. Pokażemy Wam na czym polegają przekręty w tej sprawie:
Już w kilkadziesiąt minut po katastrofie media informują, iż był to wypadek, którego najbardziej prawdopodobną przyczyną był błąd i upór pilota, decydującego się na lądowanie przy bardzo złych warunkach atmosferycznych.
Jest to o tyle dziwne, że we wszystkich innych przypadkach NIGDY nie podawano tego typu informacji, a wręcz odwrotne. Standardowo podawano informacje typu: “przyczyny wypadku bada powołana do tego specjalna komisja…. i ew. dodawano iż na razie nic nie wskazuje na zamach….” itd.
W tym przypadku postąpiono jednak inaczej. Od razu oświadczono, iż pilot mimo trudnych warunków, nie słuchając się rad, czy wręcz nakazów wieży kontrolnej aby poleciał na inne lotnisko, uparł się że wyląduje i podchodził do lądowania aż 4 razy, aby w końcu roztrzaskać maszynę tuz przed płytą lotniska.
Informacje te okazały się w całości nieprawdą.
JEDNAK NIE POGODA
Zaledwie o godz. 8 rano lądował tam samolot z dziennikarzami polskimi i było tam tylko zamglenie, a samo lądowanie odbywało się bez zakłóceń. Film polskiego montażysty  http://www.globalnaswiadomosc.com/apps/videos/videos/show/8047703-film-pierwszego-reportera-na-miejscu-katastrofy , który został nagrany w kilkanaście minut po katastrofie udowadnia, iż widoczność w tym czasie była na tyle dobra, aby pilot mógł dostrzec swój niebezpiecznie niski pułap dużo wcześniej, niż tylko kilka, czy nawet kilkanaście metrów nad ziemią. To był doświadczony pilot, jeden z najlepszych i na pewno wiedział jak (mając sprawna maszynę) w takich sytuacjach postępować. Mimo to leciał tak nisko, że zahaczył o drzewa. Czyżby mgła zgęstniała tak bardzo zaledwie na kilkadziesiąt minut ?
Kontroler lotów wyraźnie stwierdza, iż informował polskich pilotów o pogarszających się warunkach pogodowych (link poniżej). Wypowiedź ta jest bardzo znamienna ! Warunki pogodowe zaczęły się nagle pogarszać, aby tuz po wypadku znów się poprawić ?
JEDNAK NIE BŁĄD PILOTAŻU
Jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, iż samolot, na tak niskiej wysokości, był przechylony na skrzydło. Istnieją odpowiednie procedury lądowania, które kategorycznie zabraniają wykonywania tego typu manewrów podczas lądowania i żaden doświadczony pilot takiego błędu nie popełni. Pilot na tej wysokości musiał widzieć drzewa i nie próbował by skręcić aby dolecieć do pasa, jak to niektórzy sugerują, tylko próbował by poderwać maszynę do góry, aby podejść do lądowania ponownie. Jedynym wytłumaczeniem tak dziwnego ruchu maszyny może być tylko awaria systemów sterujących lub mechaniczna awaria lotki samolotu. Jak pilot mógł się znaleźć z boku pasa ? Piloci lądują często w nocy i podczas gęstej mgły i takie rzeczy się po prostu im nie przydarzają.
Inna sprawa to sam samolot. Angielska Wikipedia podaje http://en.wikipedia.org/wiki/TU_154 : “Capable of departing and arriving on unpaved and gravel airfields, it often operates in the extreme Arctic conditions of Russia’s northern territories, where airports can be very basic.” Krótko mówiąc samolot ten zdolny jest lądować prawie wszędzie, nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach i na ubogo wyposażonych lotniskach. Może spokojnie wysłużyć 40 000 godzin ! Prezydencki samolot miał wysłużone ledwie 5000 godzin i dopiero co przechodził gruntowny remont w Rosji (sic !).
JEDNAK NIE UPÓR PILOTA
Oficjalnie podano w mediach (za oświadczeniem strony rosyjskiej (!), że pilot odrzucił nakaz lotu do Moskwy lub Mińska i uparł się lądować w Smoleńsku. Prawda okazuje się inna. Kontroler z wieży lotów w Smoleńsku oświadczył iż na jakiś czas (minuty) przed katastrofa utracił łączność z załogą samolotu (zapis video –http://www.tvn24.pl/12691,1651830,0,1,odradzalem-ladowanie-mowili–ze-sprobuja,wiadomosc.html  . Do tego czasu pilot poinformował go tylko, iż podejmie próbę lądowania i sprawdzi czy jest to możliwe. Następnie komunikacja zanikła i załoga nie reagowała już na wezwania wieży kontroli lotów !
Kontroler lotów sugerował, ze załoga mogla nie znać jęz. rosyjskiego zbyt dobrze, czemu zaprzecza były dowódca 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego płk Tomasz Pietrzak. Poza tym, z wypowiedzi kontrolera lotów nie wynika aby samolot podchodził do lądowania wielokrotnie. Wręcz wprost kontroler potwierdza, iż chcieli RAZ SPRÓBOWAĆ i w przypadku nie udanej próby udać się na inne lotnisko.
Sugeruje się, że cała załoga zajęta była obsługa urządzeń i nie miała czasu na rozmowę, co jest zwykłym absurdem. Dodatkowo okazuje się, iż nie było żadnego nakazu ! Podajemy za ONET.PL  http://wiadomosci.onet.pl/2153958,12,podano_tresc_z_rozmow_z_czarnych_skrzynek,item.html : “Zapis rozmów zarejestrowanych na czarnych skrzynkach prezydenckiego samolotu, który rozbił się w sobotę, potwierdza, że załoga otrzymała ostrzeżenie o złych warunkach atmosferycznych panujących na smoleńskim lotnisku. Poinformował o tym wicepremier Rosji Siergiej Iwanow.” Okazuje się, że załoga samolotu otrzymała jedynie ostrzeżenie (ani słowa o jakimkolwiek nakazie) o panujących warunkach ! W ostatnich minutach lotu komunikacja po prostu zanikła, co w pierwszym momencie potraktowano jako zignorowanie nawołującej załogę wieży kontrolnej.
Mamy wyraźne wskazówki, iż w ostatnich minutach lotu z samolotem działo się coś dziwnego. Komunikacja zanikła a sam samolot najprawdopodobniej stracił sterowność.
SKUTKI KATASTROFY NIE ADEKWATNE
Podchodząc do lądowania, samolot leciał z prędkością nie większa niż troszkę ponad 200 km na godzinę ( a możliwe jest ze dużo mniejszą) i spadł z wysokości zaledwie kilku metrów. TU 154 jest wręcz znany z niskiej prędkości podchodzenia do lądowania. Jest samolotem bardzo wytrzymałym i z chęcią do niedawna używanym w trudnych warunkach i do trudnych zadań (patrz link wyżej: Wikipedia). Miejsce katastrofy jest dość słabo zadrzewione, w większości wątłymi drzewkami (patrz film z miejsca katastrofy). Taki samolot, ważący wiele ton i posiadający solidną konstrukcję, powinien je ściąć jak zapałki, a nie rozlecieć się na kawałki. Świadkowie relacjonują słabiutki wybuch a pożar był nikły i błyskawicznie ugaszony. Tego typu lądowanie, nawet kiedy samolot by przekoziołkował, nie miało prawa rozerwać ciał, praktycznie WSZYSTKICH ofiar na strzępy !
Co zatem spowodowało, ze ciała ofiar BYŁY JEDNAK ROZERWANE na strzępy i tylko 25 z nich można było do teraz zidentyfikować  http://wiadomosci.onet.pl/2154061,11,1,1,,item.html  ? Tylko potężny wybuch bezpośrednio nakierowany na kabinę mógł wywołać taki efekt. Wybuchu takiego jednak nie stwierdzono !
PODSUMUJMY TO WSZYSTKO:
Polskie służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo głowy Państwa i osób prominentnych zaniedbały podstawowe procedury bezpieczeństwa, dopuszczając do przecieku listy pasażerów, na kilka dni przed zaplanowanym lotem, oraz dopuszczając do lotu tak wielu, tak ważnych osobistości w jednym samolocie, co nie jest praktykowane nigdzie na świecie.
Jak mogło do tego dojść ?
Rosjanie od samego początku grają na 2 fronty. Rosyjscy generałowie i media wydają oświadczenia obwiniające polską stronę o wypadek (załogę samolotu), wyraźnie przy tym sugerując iż Prezydent Kaczyński mógł się do tego przyczynić, a jednocześnie Putin i Miedwiediew wyrażają na wszelaki sposób współczucie dla narodu polskiego.
Prawie wszystkie twierdzenia Rosjan padają. Załoga samolotu wcale nie była taka uparta, warunki pogodowe wcale nie uzasadniają przyczyn katastrofy i jest mocno wątpliwe aby piloci w tym przypadku popełnili błędy w pilotażu. Samolot spełniał także wszelkie wymagania do lądowania w tych warunkach.
Okazuje się też, iż okoliczności katastrofy nie uzasadniają jej skutków !
Jednocześnie Rosjanie udostępniają tylko wybrane materiały video *bardzo ubogie) nie dopuszczając nikogo z reporterów do miejsca katastrofy. Posuwają się nawet dalej, aresztując polskiego dziennikarza i konfiskując sprzęt dziennikarski. Jest to w takich przypadkach rzecz niespotykana w świecie i kwalifikuje się do miana międzynarodowego skandalu. Poseł PIS – pan Artur Górski, określił to mianem ” nałożenia całkowitego embarga na wszelkie informacje o wypadku”  http://wiadomosci.onet.pl/2153773,11,posel_pis_w_naszym_dzienniku_rosja_mataczy,item.html
. Poseł Górski określił to wprost: “Rosjanie mataczą !”
Jakie są motywy rosyjskich władz ?
Polskie media w sposób całkowicie bezmyślny lub celowy (?) powielają oskarżenia Rosjan, traktując je w praktyce jak fakty. Pozwalają na jednostronność i nie odważają się poruszać niejasnych kwestii. Pozwalają szargać imiona wspaniałych pilotów, kwiatu polskiego lotnictwa. Pośrednio pozwalają szargać dobre imię zmarłego tragicznie Prezydenta, nie przeciwstawiając się sugestiom iż mógł on przyczynić się do katastrofy.
Przez cala sobotę i niedziele puszczano praktycznie te same zdjecia i krotki zapis filmowy z miejsca wypadku, powtarzając w kolko te same argumenty, przedstawione wcześniej przez władze rosyjskie: wielokrotne podchodzenie do lądowania (wątpliwe), upór pilotów (nie prawda), i tragiczne warunki pogodowe (wątpliwe, a co najmniej dziwne).
Zachowanie mediów przypominało socjotechniczny zabieg, mający na celu wmówienie obywatelom polskim tylko jeden możliwy scenariusz. Wyglądało to bardziej na dobrze zorganizowaną manipulacje, niż rzetelne relacje.

32 odpowiedzi na „SMOLEŃSK 2010 – najważniejsze śledztwo III RP…

  1. I like what you guys tend to be up too. This kind of clever
    work and reporting! Keep up the wonderful works
    guys I’ve added you guys to my own blogroll.

  2. uuyty pisze:

    zamach i tyle

  3. Max77 pisze:

    Putin tego nie zrobił tylko zacierał ślady. Łatwo zwalić winę na Putina ale to nie on.

  4. ewa pisze:

    Kolejne sprowadzenie teoriiiiiiiiiiiiiiiiiiiizamachu brednie jak by miał być zamach na prezydenta wykonano by go gdy leciał do Gruzji tam były działania wojenne-po drugie zbrodnia było wsadzić do jednego samolotu całe dowództwo O

  5. Ktoś pisze:

    Tekst mnie zmroził już na samym początku jak się dowiedziałem że urwanie kawałka skrzydła, a więc pewne zmniejszenie masy samolotu, nie miało wpływu na jego pęd. Dotychczas wydawało mi się że pęd to wielkość zależna od prędkości, i masy właśnie. Równie odkrywcze jest twierdzenie że urwanie całkiem sporego kawałka skrzydła, nie powoduje istotnej zmiany siły nośnej. I chyba na takich rewelacjach Macierewicz buduje swoje teorie.

  6. pylades pisze:

    Iskra była robiona z tektury. a taki tupolew powinien zgodnie z danymi technicznymi lecieć przez tajgę na wysokości metra do wypróżnienia zbiornika z paliwem bez szody dla załogi i pasażerów.
    Dziwię się dlaczego pasażerowie lotu, który rozbił się w lasach kabackich nie odczuli śmiesznych 3G i nie poszli do domu a zamiast tego złośliwie zamienili się w dymiące mięso…………………………
    starczy wpisać auto uderzyło w drzewo 40 cm zdjęcia……….
    to pewnie fotomontaż.
    Auta robią z tektury takiej z jakiej robią opakowania telewizorów……………………………..

  7. pylades pisze:

    Proponuję obejrzeć sobie kilka odcinków katastrof w przestworzach.
    Tam nikt nie maił powodów politycznych do fałszowania przyczyn. a pozwoli sobie to uzmysłowić jakie niedorzeczności są napisane powyżej tego komentarza.

  8. greg pisze:

    Zniechęciła mnie do czytania tego opisu już początkowa próba przedstawienia sił działających na kadłub samolotu i proporcjonalne wyliczenia z pędu. Tj ile cm powinna mieć brzoza w przypadku uderzenia w samochód dla jakoby zaprezentowania że zderzenie samochodu z drzewkiem o średnicy 2 cm nie mogłoby się skończyć tragicznie no więc uderzenie kadłubu o brzozę o 2r=30 cm również. To porównanie uwzględnia tylko pęd ale już nie uwzględnia odpowiednio zmienionej sztywności materiałów. Jak mnożyć to wszystkie parametry sztywności materiałów również. Pewnie że zrobiono w czasie śledztwa błędy co do podstawy prawnej prowadzenia badań. To że Rosjanie część dowodów z wieży zatarli to tez prawda (bo nie chcieli wyjść na tych co się przyczynili do katastrofy) ale próba wyciągania wniosków że to Oni lub być może wespół z kimś z Polski są odpowiedzialni za katastrofę lub ją zaplanowali to jest niezwykle mało prawdopodobne. Nie było rosyjskiego przewodnika w samolocie i nie on sterował. Skoro była mgła to po jaką cholerę starali się doziemić a nie lecieć na zapasowe lotnisko (no przecież by się spóźnili). Po jaką cholerę zapakowano tylu ważnych ludzi do jednego samolotu ????. Nie opowiadajcie mi tylko ze to organizował Premier bo kazdy ma swój rozum i wystarczyło sie nie zgodzić. Gdyby się Prezydent nie spóźnił 30-40 min na lot to tez byłoby więcej czasu na podejmowanie decyzji.
    Ale każdy niech szuka czego chce i wymyśla swoje teorie.

  9. świetne opracowanie, jedne z najlepszych jakie czytałem

  10. Krzysztof Szczepański pisze:

    Panie Antoni Waciak. Skoro twierdzi Pan, że jest Pan „osobą, która ma więcej pojęcia o lotnictwie niż eksperci zajmujący się w młodości modelarstwem” prosiłbym o podzielenie się z nami informacjami na temat swego doświadczenia w tym zakresie. Jeżeli Pan tego nie uczyni będę musiał uznać Pana za jednego z propagandzistów zatrudnionych przez Komisję Propagandy niejakiego Laska.

  11. Waciak Antoni pisze:

    KGB strącający samolot dla zabawy? To jeszcze lepsze niż wybuchające parówki!

    No niestety, prawica ma to do siebie, że potrzebuje martyrologii do istnienia i nikomu z tej nawiedzonej ekipy nie mieści się w głowie, że złe warunki pogodowe i ciąg błędnych decyzji doprowadziły do najzwyklejszego w świecie wypadku lotniczego.

    Wystarczy prześledzić zapis czarnych skrzynek (dwie ruskie były odczytywane w Moskwie, jedna polskiej produkcji była odczytywana w Warszawie – zapis wszystkich pokrywa się), załoga od początku wiedziała, że na tym nieczynnym i źle wyposażonym lotnisku nie ma minimum warunków do wylądowania, a mimo to (przy zachętach załogi Jaka-40) postanowili próbować. Na nagraniu słychać jak nawigator podaje wysokość, ostatnia podana przez niego wartość to „dwadzieścia” potem następuje słynne zawołanie „kurwa” i krzyki pasażerów. Czego można spodziewać się po samolocie pędzącym prawie 300 km/h tuż nad ziemią, pomiędzy krzaczorami i we mgle jak mleko?

    Historia lotnictwa zna setki przypadków katastrof po kontakcie z drzewem i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Skrzydło ie jest obliczone na zderzenia, jego konstrukcja ma zapewnić wytworzenie siły nośnej oraz być odporna na zginanie i skręcanie. Jednocześnie płatowiec musi być lekki. Aby uzmysłowić sobie jak delikatny jest płat wystarczy spojrzeć na zdjęcia samolotów po zderzeniu z ptakami

    http://izismile.com/2009/10/30/avion_vs_oiseau_lavion_gagne_12_pics.html

    A jak wygląda samolot po kontakcie z drzewami widać na tym filmie

    To tyle od osoby, która ma więcej pojęcia o lotnictwie niż eksperci zajmujący się w młodości modelarstwem…

  12. adogop pisze:

    Dla KGB istów rozwalenie tak zapakowanej maszyny i takiego lotu, to kawał dobrej zabawy.
    To wystarczy na cały motyw zbrodni. Tak konkretny „wywał” dla znużonych KGB -istów to znakomite osiągnięcie i podbudowanie.
    Trudzić się, żeby zrozumiec motyw… Dowodem brak motywu… Pokrętna logika zakompleksiałych niestety tumanów (pędzących z wiatrem).

    Dowodem jest oryginalna ścieżka dżwiękowa znanego filmu (z cyklu najciemniej pod latarnią). Z filmu tego przy odrobinie dobrej woli i to bez lupy i laboratoryjnych urządzeń wyłania się prawda obecności Polaków na miejscu dobijania rozbitków. Wystarczy rozpoznać głosy tych ,co tam byli. To nawet więcej niż badanie „trotylu”.

  13. Tom pisze:

    Czlowieku, ty myslisz, ze poza „ciemnogrodem” i oszolomami ktos kupi bajke o rzekomym zamachu smolenskim? Ze ktos chcialby sprzatnac prezydenta – nieudacznika??? To wszystko co tu przeczytalem jest chore.

  14. prosba pisze:

    prośba o przekazanie 1 % podatku na rehabilitacje po złamaniu kręgosłupa

  15. Witam,
    na początku tekstu zapowiada Pan wyjaśnienie, dlaczego uznaje, ze oderwanie ok 1/3 (6m) skrzydła nie mogło wywołać obrotu względem osi podłużnej, a więc beczki. Czy coś przeoczyłem?
    Pozdrawiam

  16. maciek pisze:

    Są ludzie, którzy wierzą ze lot na księżyc był sfałszowany, wiec nie dziwie się że są i tacy, którzy wierzą że ten wypadek to był zamach.. Nie dziwie się.

  17. pastwa2 pisze:

    Sprawa wcale nie jest taka czysta może ktoś mi wytłumaczy czemu obecnie trzymający władze tak kurczowo trzymają się tego ci mówi rosja . Czemu nie chcą rozmawiać z opozycją . Czyżby znowu istniała jedna i niepodważalna jak kiedyś linia prawdy . Nie chce pisać kto ma racje ale zauważcie ile było nieścisłości które przez przypadek zostały zmienione ,, wielokrotne podejścia do londowania ,, ciecie wraku samolotu ,, pijany dowódca przy sterach ,, nasi lekarze stali ramie w ramie ,, ziemia przesiana na metr ,, znieważanie ciał ,, pomyłki ciał ,,wymycie resztek samolotu ,, pewnie to nie wszystko ale nikt za to nawet nie przeprosił , władzy wolno wszystko .

  18. mieszko pisze:

    1. Za postawienie się (Gruzja).
    2. Za możliwość zablokowania Nord Stream.
    3. Za blokowanie większości pomysłów mateczki rasiji uderzających w słabsze kraje.
    4. Za to, że nasz kraj zaczął się rozwijać.
    5. Za to, że prezydent głośno i wyraźnie mówił, że możemy być liderem w Europie Wschodniej.
    6. Za to, że Unia też uważała, że możemy być tutaj liderem.
    7. Za to, że zaczął robić porządki ze zdrajcami i nie widział dla nich miejsca w polityce.
    Czy taka odpowiedź ci wystarczy, ignorancie?
    ———————————————————————–
    Mocno nadane – ignorancie!
    Oczywiście, że jestem ignorantem jak wszyscy wypowiadający się na ten temat, z wyjątkiem być może Antoniego Macierewicza, który zabezpieczał kontrwywiadowczo wizytę Lech Kaczyńskiego z ramienia B’nai B’rith i powinien wiedzieć wszystko…

  19. Anonim pisze:

    GRUPA BILDERBERG zabiła KACZYŃSKIEGO i tyle!

  20. mieszko pisze:

    Wszystko pięknie, ślicznie, zagranicznie… tylko proszę wskazać mi motyw Zbrodni tak doniosły żeby zaangażować w spisek pół świata, w tym dwa byłe super-mocarstwa.
    Chyba, że Lech był … kosmitą…

  21. pastwa2 pisze:

    Dla mnie sprawa jest prosta , dlaczego ten niby szlachcic bał się krzyża postawionego dla mojego Prezydenta sp. Lecha Kaczyńskiego . Wyglądało to jak przygotowana akcja . Tak działały grupy zomo . Wstawianie w tłum prowokatorów to znana ubecka zagrywka . Ciesze się z akcji nagrywaj marszu 11 listopada , róbmy to zawsze , wklejajmy filmiki do internetu .

  22. Justyna pisze:

    ktoś zawinił? Wszyscy o tym wiedza wypadek to nie był ale i tak prawda nie wyjdzie na jaw.nie dowiemy się jak było naprawdę,

  23. anek pisze:

    1. Za postawienie się (Gruzja).
    2. Za możliwość zablokowania Nord Stream.
    3. Za blokowanie większości pomysłów mateczki rasiji uderzających w słabsze kraje.
    4. Za to, że nasz kraj zaczął się rozwijać.
    5. Za to, że prezydent głośno i wyraźnie mówił, że możemy być liderem w Europie Wschodniej.
    6. Za to, że Unia też uważała, że możemy być tutaj liderem.
    7. Za to, że zaczął robić porządki ze zdrajcami i nie widział dla nich miejsca w polityce.
    Czy taka odpowiedź ci wystarczy, ignorancie?

  24. Tulasi pisze:

    Widzę, że na tej stronie też wałkuje się najróżniejsze teorie spiskowe. Tak nawiasem: po co Putin miałby mordować marnego prezydencinę ? Kaczyński naprzeciw Putina to ma się tak, jak motyka do księżyca. Miałby unieszkodliwiać jakiegoś megalomana ? Rosjanie nie przykładali się do śledztwa, bo po prostu im to zwisa. W ogóle nasz malutki kraik im zwisa i trudno się dziwić.

  25. KrakówPolska pisze:

    News o Smoleńsku w języku angielskim – http://www.krakowpolska.pl/

  26. dziwne zgony po smoleńsku pisze:

    Grzegorz Michniewicz.Pierwsza ofiara.
    Dyrektor generalny kancelarii premiera. Osoba mająca najwyższy status dostępu do informacji tajnych. Jego przełożonym,był Tomasz Arabski. Zginął w tajemniczych okolicznościach, 23 grudnia tego samego dniakiedy do Polski powrócił Tupolew z remontu. Wedle oficjalnej wersji, popełnił samobójstwo wieszając się na kablu. Wcześniej jednak nic nie wskazywało na taki jego stan. Tuż przed mniemanym samobójstwem dzwoni do żony umawiając się na następny dzień, wysyła esemesy do znajomych. Osoby które go znały zgodnie twierdzą że nie miał żadnych stanów depresyjnych ani skłonności samobójczych. Po jego śmierci wmediach, przecież tak żądnych sensacji, zapada zadziwiająca cisza.

    Biskup Mieczysław Cieślar. Druga ofiara.
    Ginie 18 kwietnia w wypadku samochodowym. Miał być następcą ks. Adama Pilcha, pełniącego obowiązki Naczelnego Kapelana Ewangelickiego Wojska Polskiego, który poniósł śmierć w Smoleńsku. Biskup Mieczysław Cieślar, był specjalistą od tematyki inwigilacji środowisk protestanckich przez SB. Wedle pewnych źródeł, po katastrofie odebrał telefon od ks. Pilcha. Po jego śmierci, tak niesamowitej gdy kilka dni po katastrofie ginie następcagłównego kapelana wojskowego, zapada w mediach głucha cisza.

    Szyfrant Zielonka. Trzecia ofiara.
    Zwłoki w stanie rozkładu zostały wyłowione z Wisły 27 kwietnia. Rok wcześniej szyfrant Zielonka oficjalnie zaginął. Ciało było w stanie rozkładu, dokumenty zaś przy nim idealnie zachowane. To była ważna osoba w polskim wywiadzie. Miał dostęp do najbardziej tajnych materiałów będących w posiadaniu polskiego rządu. Fachowiec który szkolił innych, jeden z najlepszych w kraju. Doskonale znał kanały i sposoby przekazywania tajnych informacji. Pomimo że sprawa winna była wzmóc najwyższą czujność organów państwowych i mimo, że rozkład zwłok kolidował ze znakomicie zachowanymi dokumentami, stwierdzono samobójstwo. Mainstreamowe media nie dociekały.

    Krzysztof Knyż, operator „Faktów” TVN. Czwarta ofiara.
    Pracowałz W.Baterem. Wedle informacjipodanej zdawkowo przez TVN umiera 2 czerwca. Niejasne krótkie komunikaty mówiły o chorobie. Prasa zagraniczna pisała, iż został zamordowany we własnym mieszkaniu. Wedle pewnych źródeł sfilmował awaryjne lądowanie Tupolewa na smoleńskim lotnisku co miał na żywo pokazać kanał informacyjny. Faktem jest że materiały telewizyjne z pierwszych chwil, gdy nie było wiadomo jeszcze co się stało i tuż sprzed katastrofy zniknęły. O śmierci Knyża w mediach była i jest cisza.

    Profesor Marek Dulinicz. Wybitny polski archeolog. Piątaofiara.
    Ginie w wypadku samochodowym w dniu 6 czerwca. Szef ekipy archeologów która miała w czerwcu wyjechać do Smoleńska. Dulinicz był pomysłodawcą wyprawy, ale też osobą aktywną w staraniach o wyjazd. W tym miejscu, wspomnę Państwu tylko jak wyglądał śmiertelny wypadek samochodowy Waleriana Pańki, szefa Najwyższej Izby Kontroli z początku lat 90-tych. W oponach było wywierconych setki mikroskopijnych dziurek, któredopiero, gdy samochód jechał z dużą prędkością tworzyłyonezawirowania skutkujące wpadnięciem w poślizg. Tego dnia kierowca prezesa Pańko jechał z szybkością 150/h. Tego nie mogli, nie potrafili wykonać zwykli gangsterzy. To wiedza zastrzeżona dla służb. Po śmierci prof. Dulinicza jak i we wcześniejszych wypadkach na ten temat zapada cisza.

    Dr Dariusz Ratajczak. Szósta ofiara.
    Nie wiąże się go bezpośrednio z tragedią smoleńską, ale nie można jego osoby oddzielić od jej skutków. Zwłoki dr Dariusza Ratajczaka w stanie rozkładu znaleziono 11 czerwca 2010 r. w samochodzie zaparkowanym pod Centrum Handlowym Karolinka w Opolu. Świadkowie twierdzą, że poprzedniego dnia samochodu na parkingu nie było. Komenda Miejska w Opolu Umorzyła śledztwo pomimo że sami policjanci stwierdzili że śmierć nastąpiła 3-4 dni wcześniej. Dr Ratajczak został wyrzucony z uczelni po opublikowaniu książki w której cytował niektórych autorów podważających część ustaleń dotyczących holocaustu. Poprzedzone to było nagonką rozpętaną przez opolską „Gazetę wyborczą”. Wiąże się tę śmierć z działalnością ujętego niedługo potem agenta Mossadu. Faktem jest że po 10 kwietnia nastąpiło rozprzężenie rodzimychsłużb i wzmożona działalność agentury. Zaś śmierć Dariusza Ratajczaka wyraźnie wskazuje na działanie tzw. Nieznanych sprawców. Na temat jego śmierci – cisza.

    Minister w rządzie PiS Eugeniusz Wróbel. Siódma ofiara.
    Zaginął 15 października. Poćwiartowane zwłoki wyłowiono z Zalewu Rybnickiego. Wybitny ekspertod spraw lotniczych.Jeden z nielicznych o takiej wiedzy w Polsce. Wybitny specjalista od komputerowych systemów sterowania lotem samolotów. Specjalista od precyzyjnej nawigacji satelitarnej dla lotnictwa. Ekspert przepisów lotniczych krajowych i unijnych. Inicjator powstania Górnośląskiego Towarzystwa Lotniczego. W latach 1998-2001 uczestniczy m.in. w opracowaniu projektu prawa lotniczego. To tylko niektóre z kompetencji i osiągnięć ministra Wróbla. Zostaje rzekomo zamordowany przez oszalałego syna. Rodzina ministra Wróbla jest jednak rodzina wzorcową – żadnych konfliktów. Syn nie zdradzający nigdy żadnych zaburzeń umysłowych początkowo rzekomo przyznaje się do winy, potem wypiera się jej. Nie jest osadzony w areszcie i poddawany określonej prawem obserwacji psychiatrycznej, jakto ma miejsce w wypadku morderstwa tylko po jednej rozmowie z biegłym, który stwierdzajegocałkowitą niepoczytalność, zostaje zamknięty w ośrodku dla umysłowo chorych. Podobno całkowicie niepoczytalny, poćwiartował piłą zwłoki ojca, lecz w pokoju – gdzie miało się to odbyć nie ma najmniejszych śladów makabrycznego czynu. Całkowicie niepoczytalny syn w sposób idealny, który byłby bardzo trudny dla osoby zrównoważonej, oczyszcza pokój. Minister Wróbel od początku mówił w prywatnych rozmowach że wrak w Siewiernym nie jest wrakiem Tupolewa którym lecieć miała nasza delegacja. Osobom dla których taka informacja o przekonaniu min. Wróbla zaskakuje i wątpią w nią dodajmy iż Antoni Maciarewicz w niedawnym radiowym felietonie stwierdził iż samolot nie uderzył w ziemię i wygląda to tak jakby co najwyżej rozsypał się w powietrzu. Minister Wróbel był członkiem komisji Maciarewicza. Te ohydne ćwiartowanie zwłok niektórzy uznają za ostrzeżenie: „Widzicie, będziecie kwestionować oficjalne ustalenia katastrofy, skończycie jak minister Wróbel”. Po jego śmierci zapada cisza, o którą łatwiej tym bardziej, że zostaje dokonany mord na Marku Rosiaku, pracowniku biura poselskiego w Łodzi. Niektórzy łączą te dwie śmierci twierdząc iż głośna śmierć Rosiaka miała odwrócić uwagę opinii publicznej od ministra Wróbla.

  27. Waciak Aatoni pisze:

    Rodzi się tylko jedno pytanie: po co dokonywać zamachu na prezydenta niewiele znaczącego kraju w Europie, kończącego kadencję, praktycznie bez szans na reelekcję (20% poparcie) i w dodatku na swoim terenie? Kto jak kto ale Putin ze swoimi służbami nie jest na tyle głupi żeby dać się namówić na taką akcję.

    Idę o zakład że ten post, niezgadzający się z założeniami tej strony nie zostanie przepuszczony przez cenzurę…

  28. Duath pisze:

    Na zamach trzeba mieć dowody, motywy, ścieżki finansowania, więc jedyne co mogę odpisać na dzień dzisiejszy to leczcie się ludzie z paranoi, bo już z tego leczą. Oczywiście, że Ruscy olali śledztwo, bo im to zwisa, a żaden lach nie będzie im się po ich ziemi panoszył, więc zapomnij, że coś tam zdziałasz, proste? Kompetentni, niekompetentni tyle przepisów złamano wtedy, że wstyd się w ogóle odzywać, a co dopiero pokazywać palcami na innych! Ta załoga nie miała prawa tam siedzieć w tym składzie, nie mieli wymaganych lotów ćwiczebnych i byli przemęczeni. Z naszego śledztwa wynika, że ten samolot w ogóle nie powinien wystartować… i na tym powinno się zakończyć dyskusję kto jest winny. Już nie wspomnę, że ze stenogramów wynika, że Ruscy sami się musieli dowiadywać, że nasi lecą i zanim nasi wiedzieli, że oni wiedzą, tamci już im innego lotniska szukali.. przykrywka zamachu, tak? Naprawdę, z tego już leczą! Odnośnie tego przecięcia brzozy w poziomie, rozumiem, że pilot w tym momencie z całych sił trzymał drążek w miejscu, a nie np. miał odruch w lewo czy w prawo by tą brzozę ominąć? Brzytwa Ockhama, znacie pojęcie? Polecam!

  29. gedeon pisze:

  30. cogito pisze:

    Nie mam wątpliwości – to był zmach…z zimną krwią…putina i tasaka …obaj mają krew na rękach

  31. Irbis pisze:

    Od samego poczatku jestesmy bombardowani na ten reamt masą informacji – dezinformacji – manipulacji … Jeszcze nic nie bylo wiadomo a juz Rosjanie mieli gotowa oidpwoeidz: zwinili polscy piloci … Jest wiec rzeczą oczywistą ze niejest to sprawa czysta .. I czy brali w tym udzial Rosjanie czy Polacy, czy jedni i drudzy tgo nie dowiemy sie wlasciwie nigdy … Kazdy dziennik telewizyjny przedstwia inny powód. W tym : niekompetencje pilotow. Ci ludie nie lecieli po rz pierwszy i w czym TEN lot mialbyc tak wyjatkowy by sobie nie mogli poradzic… Poajwiaja sie tutaj dwa zasadniczeg pytnaia : 1. KTO za tym stoi i 2. W jaki sposob doprowadzono do wypadku ? Mozna postawic dalsze : 3. JAKi to mialoby miec cel ? Bo na pewno nie poprawienie stosunkow polsko-rosyjskich. i 4. A mozę Rosja uzgodnila to zuSAS i za pomocą HAARP – zrobiła to … ? NIC nie jest niemozliwe dla tych „ludzi” … Na youtube mam taki filmik z Rosji ktory pokazujewjaki spobo mozna robic sztuczna mgłe… Piloci nie mieli informacji o mgle.. dopiero przed samym ladowaniem nagle sie pojawila ” znikąd ” … A co ze strzałami ktory bylo slychac wyraznie zaraz po rozbiciu sie samolotu ? Podobno czlowiek ktore ten filmik zrobil i puscil w swiat juz nie zyje. ….Filmik zniknął ale mam go zapisanego. A moze poprosic o wyjasnienie tejsprawy OBCYCH .. za pomoca czanellingu … ? Teraz mieliby sie moznosc wykazac dobrymi intencjami … ? Przeciez niejet to niemozliwe skoro potrafia nam przekazywac informacjeo wiele bardziej zlozone …

  32. Marian pisze:

    To był ewidentny zamach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s