Łączenie punktów – Zmiany w Kosmosie, niestabilność planet i zwariowana pogoda

Przy zachodzących obecnie zmianach na Ziemi oraz naglącym czasie, redaktorzy Sott.net pilnie i na bieżąco sprawdzają napływające wiadomości i próbują zrozumieć, co się dzieje. Jak świat długi i szeroki, ostatnie zjawiska pogodowe były bezprecedensowe, a wiosna i początek lata co najmniej dziwaczne.
Wszelkie możliwe zjawiska pogodowe i geologiczne gdzieś na świecie się zdarzyły – wulkany, trzęsienia ziemi, ulewy, powodzie, dziury w ziemi, tornada, susze, pożary… nawet śnieg latem! Przyjrzyjmy się więc im, zaczynając od góry, czyli od czynnika kosmicznego.
Kosmiczne zmiany w drodze
Zmiany na Ziemi obejmują tak szeroką różnorodność zjawisk – od skrajnych anomalii pogodowych po wulkany i trzęsienia ziemi – że być może warto im się przyjrzeć i sprawdzić, czy przypadkiem nie mają z tym czegoś wspólnego jakieś zmiany w kosmicznym klimacie. Tak, zdajemy sobie sprawę, że to podejście jest sprzeczne z usankcjonowaną wersją, zgodnie z którą zmiany te są spowodowane przez spalających węgiel ludzi, żyjących w odizolowanej bańce, która może robić się tylko coraz cieplejsza. Ale fragmenty układanki, jakie mamy wyłożone na stole, wskazują na zgoła inny obraz.
Ogromny centralny element układanki stanowi Słońce, co nie jest niespodzianką, ponieważ to ta właśnie trwająca eksplozja w przestrzeni kosmicznej wprowadza porządek do naszego zakątka wszechświata i utrzymuje życie na Ziemi. Przez ostatnie kilka lat spodziewano się po Słońcu dużej aktywności, zgodnie z jego zwykłym 11-letnim cyklem plam słonecznych. Jednak naukowcy nie mogli się nadziwić, jak spokojna pozostawała nasza lokalna gwiazda. Za to teraz wypuszcza taki pokaz rozbłysków, że naukowcy z NASA są cali w „ochach i achach”.
Potężna burza na Słońcu w ubiegłym tygodniu rozpoczęła największą erupcję plazmy słonecznej w historii, jak to niektórzy określili. Astronomowie z NASA powiedzieli, że  olbrzymi słoneczny wybuch, zwany wyrzutem koronalnym, jaki nastąpił 4 czerwca, prawdopodobnie nie był największym ze wszystkich do tej pory, ale wyróżniał się zarówno pod względem wielkości, jak i dziwnego zachowania, bowiem ze Słońca wytryskiwały ogromne fale plazmy, by po chwili lunąć z powrotem na jego powierzchnię.
Widzimy rzeczy, jakich nie widzieliśmy nigdy dotąd – powiedział Phillip Chamberlin, astrofizyk przy nasowskim Centrum Lotów Kosmicznych Goddarda i zastępca kierownika naukowego programu realizowanego na satelicie SDO (Solar Dynamics Observatory – obserwatorium dynamiki Słońca). – To naprawdę pasjonujące wydarzenie, z wieloma wyjątkowymi elementami.
Dzień lub dwa przed erupcją na Słońcu można było zaobserwować takie oto spektakularne fale:
Burza słoneczna z 7 czerwca trwała około trzech godzin i był to umiarkowany (klasy M) rozbłysk słoneczny, ale szczególnie interesujący, ponieważ wyemitowany został koronalny wyrzut masy (CME), z tym że wyrzucony materiał zamiast wydostać się w przestrzeń kosmiczną, w większości spadł z powrotem na powierzchnię Słońca.
– Dlaczego tak się stało, zamiast zwykłego procesu wyrzucenia w przestrzeń, wciąż pozostaje niewiadomą. Wciąż próbujemy to zrozumieć – powiedział agencji Space.com astrofizyk Chamberlin. – Taka jest nauka. Nie wiem. Zabiło nam to klina.
Kolega Chamberlina, również z Centrum Lotów Kosmicznych Goddarda, sformułował to nieco dramatyczniej:
– Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy – powiedział Alex Young […]. – Jakby połowa Słońca rozpadała się w drobny mak.
– W kategoriach samej siły, jest to naprawdę średniej mocy eksplozja – mówi Young – wyglądała jednak wyjątkowo dramatycznie przez cały ten ciemno-atramentowy [wyrzucony] materiał. Zazwyczaj tego nie widzimy.
[…] Fizyk słoneczny, Angelos Vourlidas z Laboratorium Badawczego Marynarki Wojennej w Waszyngtonie, nazywa to „ciemnymi fajerwerkami”.
– Wybuch był wywołany przez niestabilne włókna magnetyczne w pobliżu powierzchni Słońca – wyjaśnia. – Włókna zawierały plazmę, która wybuchła rozpryskując ciemne kleksy i wstęgi.
Bąble plazmy były duże jak planety, o wiele większe niż Ziemia. Wznosiły się i opadały niczym pociski balistyczne, poruszając się pod wpływem grawitacji Słońca jak piłki rzucane w powietrze i eksplodując „jak bomby”, kiedy spadały na powierzchnię gwiazdy.
Jednak niektóre bąble bardziej przypominały kierowane pociski rakietowe.
– Na filmach możemy zobaczyć, jak materiał jest „chwytany” przez pola magnetyczne i pchany w kierunku grup plam słonecznych setki tysięcy kilometrów dalej – mówi Young.
Obejrzyjcie te spektakularne ujęcia, a zrozumiecie, o czym mówimy:
Ciekawe, nieprawdaż? To pierwszy raz, kiedy NASA coś takiego zarejestrowało. Dlaczego materia ze Słońca, która normalnie po takim rozbłysku wylatuje w przestrzeń kosmiczną, tym razem spadła z powrotem na Słońce? Jeśli coś nie odlatuje, to być może nie osiąga prędkości ucieczki – czyli minimalnej prędkości, jaka jest potrzebna do przezwyciężenia siły grawitacji. O ile nie jest to jakiś jeszcze nie poznany efekt elektromagnetyczny, można by pomyśleć, że grawitacja Słońca niewłaściwie się zachowuje. Ale wszyscy wiemy, że grawitacja jest stała, prawda?
Kiedy skończycie czytać ten odcinek Łączenia Punktów, będziecie się zastanawiać, czy zniszczone transformatory wysokiego napięcia nie są najmniejszym z problemów agencji rządowej, kiedy mają miejsce prawdziwe sytuacje alarmowe. Powyższa wiadomość może wynikać z czegoś zupełnie innego, zwłaszcza dlatego, że mimo ostatnich fajerwerków Słońca, naukowcy z National Solar Observatory (NSO) przewidują nowe Minimum Maundera, tj. okres braku plam słonecznych, co odpowiada mini-epoce lodowcowej. Jak rozwiązać tę pozorną sprzeczność?
Amerykańscy naukowcy twierdzą, że dobrze znany cykl plam słonecznych wydaje się wchodzić w okres hibernacji, co nie zdarzyło się od XVII wieku, a co może lekko obniżyć globalne temperatury.
Od lat naukowcy przewidywali, że około roku 2012 nasza gwiazda wejdzie w słoneczne maksimum – okres intensywnych rozbłysków i aktywności plam słonecznych, jednak ostatni ciekawy spokój zasugerował coś wręcz przeciwnego.
Znakiem takiego stanu rzeczy są między innymi zaginiony prąd strumieniowy, zanik plam słonecznych i mniejsza aktywność w pobliżu biegunów, jak wynika z trzech badań przedstawionych we wtorek na dorocznym spotkaniu Amerykańskiego Towarzystwa Astronomicznego Solar Physic Division, które odbyło się w Las Cruces w Nowym Meksyku.
To niezwykłe i zupełnie niespodziewane – powiedział Frank Hill, dyrektor National Solar Observatory’s Solar Synoptic Network. – Ale fakt, że trzy zupełnie różne spojrzenia na Słońce wskazują w tym samym kierunku, silnie sugeruje, że cykl plam na Słońcu może wchodzić w stan hibernacji.
Aktywność słoneczna na ogół wzmaga się i osłabia w 11-letnich cyklach. Każde słoneczne maksimum i minimum wyznacza mniej więcej połowę okresu potrzebnego na odwrócenie się biegunów magnetycznych Słońca, co następuje co 22 lata.
Eksperci sprawdzają teraz, czy ten okres braku aktywności może okazać się kolejnym Minimum Maundera, które było 70-letnim okresem, kiedy praktycznie nie zaobserwowano żadnych plam, i trwającym od roku 1645 do 1715, znanym również jako „Mała Epoka Lodowcowa”.
– Jeśli mamy rację, może to być ostatnie maksimum słoneczne, jakie zobaczymy w ciągu następnych kilkudziesięciu lat. Może to mieć wpływ na wszystko, od eksploracji kosmosu po klimat na Ziemi – powiedział Hill.
Nie tylko Frank Hill z kolegami proponują taki scenariusz. Richard Altrock z Pracowni Badawczej Sił Powietrznych USA oraz Matt Penn i William Livingston, obaj z Narodowego Obserwatorium Słońca, w dwóch niezależnie opublikowanych pracach badawczych doszli do podobnych wniosków, używając przy tym różnych argumentów opartych na – odpowiednio – analizie słonecznej aktywności magnetycznej i magnetyzmie słonecznych rozbłysków.
Możliwość ta przyciągnęła naszą uwagę z więcej niż jednego powodu. Wejście w dłuższą Epokę Lodowcową ma oczywiste katastroficzne skutki – ostrzegaliśmy o tym od lat. Jak zapewne zauważyliście, zimy są coraz ostrzejsze. Brytyjscy naukowcy przeanalizowali zapisy temperatur Środkowej Anglii (CET), sięgające wstecz połowy XVII wieku, i wbrew opowieściom o globalnym ociepleniu odkryli, że
Średnie CET dla grudnia, stycznia i lutego w ostatnich latach, kiedy zimy 2008/09 i 2009/10 były stosunkowo mroźne, wynosiły odpowiednio 3,50 st. C i 2,53 st. C, podczas gdy średnia wartość za poprzednich 20 zim wynosi 5,04 st. C. Skupisko niższych temperatur zimowych w Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich trzech lat sprowokowało pytania o prawdopodobieństwo kolejnych podobnych, a nawet chłodniejszych, zim w przyszłości.
Ale jeszcze bardziej alarmujące są informacje, jakie zostały zebrane w wyniku Eksperymentu Kasjopeańskiego, a dotyczące hipotetycznej gwiazdy towarzyszącej w układzie binarnym ze Słońcem:
Sesja z 11 lipca 1998
P: (T) Czy zbliżanie się brązowego karła zintensyfikuje słoneczne rozbłyski?
O: Skutkiem cyklicznego przejścia towarzysza dla fizycznej orientacji Słońca jest lekkie spłaszczenie kuli. Kiedy towarzysz się oddala, Słońce powraca do swojego pierwotnego kulistego kształtu.
P: (L) Czy to spłaszczenie kuli słonecznej będzie miało jakieś zauważalne efekty, takie jak zwiększenie, przyspieszenie lub wzmocnienie promieniowania słonecznego?
O: Nie.
P: (T) Rozbłyski słoneczne lub coś podobnego?
O: Nie.
P: (T) Nie będzie więc żadnych znaczących skutków dla Ziemi, jeśli chodzi o oddziaływanie Słońca?
O: Zwiększa się grawitacja Słońca, powstrzymując w ten sposób rozbłyski.
Zgodnie z hipotezą bliźniaczego słońca, Układ Słoneczny jest w rzeczywistości system binarnym (hipoteza ta jest poważnie brana pod uwagę przez niektórych naukowców i są ku temu powody). Towarzysz Słońca nie jest jednak widoczny, jest bowiem brązowym karłem. Podróżując po swojej orbicie, zbliża się do zewnętrznej krawędzi Układu Słonecznego, przedzierając się po drodze przez Obłok Oorta i wybijając komety w kierunku wewnętrznego Układu Słonecznego. Można sobie wyobrazić, co to oznacza dla nas, Ziemian.
Mamy jako takie pojęcie o tym, co dzieje się ze Słońcem, gdy zbliża się jego bliźniak. Powstrzymywanie rozbłysków można interpretować na dwa sposoby. Albo jest ich mniej (podobnie jak plam), albo zwiększona grawitacja sprawia, że ​​zachowują się inaczej, że koronalnym wyrzutom masy trudniej jest osiągnąć prędkość ucieczki. Mogłoby to wyjaśniać osłabienie aktywności słonecznej, czego byliśmy świadkami podczas ostatniego cyklu słonecznego.
Słaba aktywność słoneczna może także mieć związek z elektryczną naturą samego Układu Słonecznego, a alternatywnego jej wyjaśnienia dostarczyć może teoria proponowana przez Jamesa McCanneya. Według McCanneya cała ta bańka, rozciągająca się od Słońca po zewnętrzną heliosferę, stanowi kondensator – słoneczny kondensator, jak go nazywa McCanney. Słońce stanowi w nim ujemnie naładowany biegun, a zewnętrzna heliosfera to warstwa o ładunku dodatnim.
Niektórzy nazwaliby to podwójną warstwą plazmową. Jeśli rozbłyski, plamy, CME i inne przejawy aktywności na Słońcu są wynikiem rozładowań kondensatora słonecznego, wiele zdaje się zależeć od różnic potencjału pomiędzy Słońcem i zewnętrzną heliosferą. Jeśli ten hipotetyczny towarzysz-brązowy karzeł znajduje się wystarczająco blisko heliosfery, by „uziemić” prąd z tej zewnętrznej warstwy, można podejrzewać, że zmniejszy to różnicę potencjałów pomiędzy Słońcem i heliosferą, zmniejszając tym samym aktywność słoneczną. W rzeczywistości, podobna ocena sytuacji nadeszła za pośrednictwem Eksperymentu Kasjopeańskiego:
Sesja z 31 października 2001
P: (L) Czy planety Układu Słonecznego zmienią jakoś swoje orbity i zaczną wariować? Czy to możliwe?
O: Tak.
P: (A) Tylko ze względu na orbity komet?
O: Tak. Także bliźniaczego słońca.
P: (A) Kiedy mówimy o tych ciałach kometarnych, chodzi o impakty?
O: Niektóre uderzą.
P: (A) Jaka byłaby – jeśli w ogóle – rola zjawisk elektrycznych?
O: Bliźniacze słońce uziemia przepływ prądu przez cały układ i uruchamia [tym samym] „silnik”.
P: (L) Czy to oznacza, że wszystkie inne ciała Układu Słonecznego są jak części jakiejś wielkiej machiny, i kiedy płynie przez nie prąd elektryczny, to w zależności od ich wzajemnego położenia w czasie przepływu tego prądu ma to jakiś wpływ na sposób działania tej machiny?
A: Tak, mniej więcej.
Niezależnie od mechanizmu powodującego te zmiany i ewentualnej roli hipotetycznej gwiazdy towarzyszącej, najważniejsze jest to, że duże zmiany są już w toku. Ta myśl zdecydowanie pomaga nam zwracać uwagę na znaki, na wypadek gdyby okazało się, że nie są to jedynie czcze spekulacje.
Prawdopodobnie myślicie – i słusznie – że powyższe rozważania nie wyjaśniają słonecznych fajerwerków, jakie mieliśmy na początku czerwca. W tej kwestii też chcielibyśmy zaproponować pewną hipotezę. Jak wyjaśniał Ryan X w jednym z ostatnich artykułów Sott.net Focus, opierając się na teorii słonecznego kondensatora Jamesa McCanneya i pracy Johna H. Nelsona o ustawieniach planet, „okazuje się, że planety i komety są jak przewody elektryczne, przenoszące ładunki od Słońca w zewnętrzne rejony Układu Słonecznego – jak ścieżki elektryczne, czy swego rodzaju kable”. Ryan X wspomina też o zaobserwowaniu faktu, iż 11-letni cykl plam słonecznych związany jest z ustawieniem się Jowisza i Saturna w jednej linii ze Słońcem. Spekuluje ponadto, że
gdy planety wewnętrzne Układu Słonecznego zrównują się z jakąś planetą zewnętrzną (tj. kiedy ich „przewody” się łączą), istnieje większa szansa na „rozładowanie słonecznego kondensatora”, w myśl teorii McCanneya, a tym samym większe prawdopodobieństwo wystąpienia plam, rozbłysków, CME, itd. Myślenie o Układzie Słonecznym jako rozbudowanym obwodzie elektrycznym może być użyteczną i wartą rozważenia analogią […] Ponieważ wszystkie planety są podłączone do Słońca, oznacza to, że gdy Słońce zaczyna się rozładowywać, wszystkie planety, z Ziemią włącznie, otrzymują wstrząs elektryczny, czy też zakłócone zostaje w jakimś zakresie ich normalne elektromagnetyczne połączenie ze Słońcem.
Wszystkie specyficzne ustawienia obejmujące Słońce – koniunkcje, kwadratury i opozycje – okazują się zwiększać prawdopodobieństwo rozbłysków. Ryan X zauważa, że około 2 czerwca Merkury i Wenus były w koniunkcji z Jowiszem, podczas gdy 7 czerwca pojawił się węzeł wstępujący Merkurego, a 6 czerwca węzeł zstępujący Wenus. Aktywność na Słońcu zaczęła narastać 29 maja, kilka dni przed zrównaniem między Merkurym a naszym nowym przyjacielem, kometą Elenin. Mimo że do 2 czerwca nie było żadnych widocznych przejawów aktywności słonecznej, dwa dni później planetarny indeks k (k-index, miara aktywności geomagnetycznej) podskoczył do około 7 (niska aktywność to zazwyczaj 3 lub poniżej).
Ten nagły wzrost aktywności geomagnetycznej, jaki nastąpił 4 czerwca, przyniósł zorze polarne znacznie dalej na południe niż zazwyczaj, bo aż po stan Wisconsin w USA. Ze wszystkich raportów o CME, jakie widzieliśmy, był to jak dotąd największy taki czerwcowy skok. Co ciekawe, tego samego dnia, kiedy dotarła do nas ta słoneczna burza, wybuchły chilijski wulkan Puyehue i meksykański Popocatepetl, uwalniając ogromne ilości energii (więcej o tym poniżej). Jak już wspominaliśmy w poprzednich artykułach na SOTT, podejrzewamy istnienie korelacji między pozycjami planet, aktywnością geomagnetyczną i zjawiskami takimi jak trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów i silne burze.

© Sott.net – Pozycje planet do Jowisza z 2 czerwca 2011

Jeśli zrównanie Jowisza, Saturna i jakiejś wewnętrznej planety ze Słońcem może wywołać zwykłą aktywność słoneczną, to co by się stało, gdyby w pobliżu Układu Słonecznego pojawił się towarzyszący Słońcu brązowy karzeł? Wygląda na to, że mamy tu pewien paradoks. Chociaż wbrew oczekiwaniom aktywność Słońca zdaje się utrzymywać na niskim poziomie, to pokazy zjawisk elektrycznych na różnych planetach nasilają się jak nigdy dotąd. Jakby zmienił się rozkład sił w Układzie Słonecznym. Czy przyczyną tych zmian może być brązowy towarzysz Słońca, a jeśli tak, to co jeszcze nam przyniesie?
Trudno zaprzeczyć temu, że na Ziemi zachodzą poważne anomalie pogodowe. Ale jeśli, jak sugerują prace Jamesa McCanneya, zjawiska atmosferyczne mają charakter elektryczny, to czy wyjaśnia to także dużą liczbę eksplozji transformatorów od początku roku? Jeśli utrzyma się obecna częstotliwość, to ilość takich wypadków do końca roku da wynik dwukrotnie wyższy w porównaniu z rokiem 2010, sądząc po doniesieniach w mediach. (Znajdźcie chwilę na obejrzenie paru filmów z widowiskowymi eksplozjami transformatorów. Wrócimy jeszcze do tego tematu.)
Istnieją dowody, że zmiany klimatyczne należy rozpatrywać raczej w kontekście całego Układu Słonecznego, niż w kategoriach wyłącznie ziemskich oddziaływań. I tak, Saturn ma burzę obejmującą obszar wielkości Ziemi i przesuwającą się wokół planety tak szybko, że dogania samą siebie! Burza ta zaczęła formować się na północnej półkuli Saturna w grudniu. To nietypowe, ponieważ jest o 10 lat za wcześnie na pojawienie się na Saturnie Wielkich Białych Plam. Te zazwyczaj powtarzają się co 30 ziemskich lat, kiedy północna półkula planety osiąga największe nachylenie w stronę Słońca. Od 1876 roku zaobserwowano na Saturnie tylko pięć takich mega-burz, a ta aktualna jest pierwszą, jaka pojawiła się na półkuli północnej od 2004 roku, kiedy sonda Cassini rejestrowała z orbity mniejsze burze.

© NASA

A zatem gwiazdy i planety wydają się oddziaływać na siebie nawzajem, co wpływa z kolei na naszą pogodę, a może nawet na zmiany geologiczne. Co kiedyś uważano za astrologiczne domysły, należące do sfery magii i zabobonów, powoli przyciąga uwagę paru przyzwoitych umysłów naukowych. Weźmy choćby korelację pomiędzy promieniowaniem kosmicznym i tworzeniem się chmur, odkrytą przez duńskich i brytyjskich fizyków. Nie, nie spodziewamy się, że te idee trafią w najbliższym czasie do głównego nurtu nauki. Jak zauważył jeden z naszych czytelników, duński film dokumentalny pod tytułem “The Cloud Mystery” (Tajemnica chmur) zawiera następującą wymowną wypowiedź duńskiego naukowca, Henrika Svensmarka:
W 2005 roku rzeczywiście znaleźliśmy dowody eksperymentalne, że Słońce i nasza galaktyka determinują klimat na Ziemi. Z jakiegoś jednak powodu żadne czasopismo naukowe nie chciało ich opublikować. Dla mnie i mojego zespołu było to wielkie rozczarowanie.
Tak przy okazji, to szef Snesmarka, Eigil Friis-Christensen, odkrył korelację pomiędzy magnetyczną aktywnością Słońca i temperaturą na Ziemi. Powinno to podziałać trzeźwiąco, jeśli zgodnie z przewidywaniami Słońce rzeczywiście wejdzie w Minimum Maundera w najbliższej przyszłości.

© Mark Garlick, ulotka uniwersytetu w Warwick – Artystyczna wizja następstw wchłonięcia gwiazdy przez masywną czarną dziurę w galaktyce odległej o 3,8 miliardów lat świetlnych. Uwolniło ono strumienie energii z czarnej dziury, z których jeden, skierowany bezpośrednio w stronę naszej galaktyki, pozwolił naukowcom zbadać i zrekonstruować to kosmiczne przedstawienie.
Tak dochodzimy do ekscytującego tematu supernowych. Tutaj również naukowcy widzą „rzeczy, jakich nigdy wcześniej nie widzieli”. Najpierw, w marcu, mieliśmy doniesienie o odkryciu przez uniwersytet w Teksasie jednej z trzech najjaśniejszych supernowych w historii.
Następnie usłyszeliśmy, że obserwatorium IceCube Neutrino na biegunie południowym ustaliło, że promieniowanie kosmiczne zdaje się pochodzić z konkretnych miejsc, zamiast być równomiernie rozłożone w całej galaktyce. Co ciekawe, nie ma w tamtych rejonach żadnego źródła, które mogłoby odpowiadać za ten dziwny schemat. Czytamy też, że zaobserwowany 12 kwietnia ogromny rozbłysk, którego źródłem była Mgławica Kraba, pozostałość po supernowej, „zaskoczył” naukowców z NASA, ponieważ trwał przez sześć dni. 16 kwietnia pojawił się jeszcze jaśniejszy rozbłysk.
– Te superrozbłyski to najintensywniejsze wybuchy, jakie widzieliśmy do tej pory, i są to bardzo zagadkowe wydarzenia – powiedziała Alice Harding z Goddard Space Flight Center w Greenbelt w stanie Maryland. – Sądzimy, że spowodowane są nagłymi zmianami pola magnetycznego w pobliżu gwiazdy neutronowej, ale gdzie dokładnie się to dzieje, pozostaje tajemnicą.
O kolejnym przypadku zbitych z tropu naukowców usłyszeliśmy na początku czerwca, kiedy międzynarodowy zespół astronomów odkrył nowy typ supernowej, która świeci 10 razy jaśniej od wszystkich zarejestrowanych wcześniej. Zespół wywodzący się z kalifornijskiej Politechniki (California Institute of Technology) zidentyfikował grupę sześciu supernowych o takich cechach promieniowania, których nie da się wytłumaczyć żadnym ze znanych mechanizmów. Kolejnej zagadki dostarczyło zaobserwowanie przez potężne teleskopy od Hawajów po Wyspy Kanaryjskie czegoś, co wyglądało na „zabicie” gwiazdy przez czarną dziurę w gwiazdozbiorze Smoka.
Jej tak zwane „przedśmiertne rzężenie” było wysokoenergrtycznym błyskiem, czy też strumieniem energii skierowanym dokładnie w Ziemię. Opisywano go jako „bardzo dziwny” i „zupełnie inny od dotąd obserwowanych”. Biorąc pod uwagę wszystkie te nowe obserwacje aktywności supernowych oraz fakt, że supernowe są głównym podejrzanym, jeśli chodzi o źródło docierającego do nas promieniowania kosmicznego, można się zastanawiać, jaki wpływ mają one na ziemski klimat.
Ciekawymi obserwacjami na temat Ziemi i jej związku z kosmosem podzielili się niedawno Eskimosi z arktycznych rejonów Kanady. Film dokumentalny z 2010 roku, Inuit Knowledge and Climate Change (Wiedza Eskimosów i zmiana klimatu) zawiera szereg wywiadów z tamtejszymi mieszkańcami i chociaż skupia się na ociepleniu się ich środowiska – film prawdopodobnie miał być przyczynkiem do teorii globalnego ocieplenia spowodowanego przez człowieka – jeden fragment przyciągał naszą uwagę. Otóż Eskimosi zaobserwowali zmianę położenia wschodzącego i zachodzącego Słońca, jak również gwiazd! Jeden z nich nawet sugeruje, że to ta wyższa pozycja Słońca na niebie jest przyczyną ocieplenia na ich ziemiach.
Przyjmując na chwilę, że ludzie, których życie zależy od dokładnego odczytywania natury, co jest dziś rzadkością wśród gatunku ludzkiego, wiedzą, co mówią o Słońcu i gwiazdach, jak można to wyjaśnić? Są dwie możliwości – albo przesunęła się oś Ziemi i nikt nam o tym nie mówi, albo atmosfera zmieniła się tak radykalnie, że obiekty w przestrzeni kosmicznej są postrzegane inaczej.
Bolidy i komety
Ostatnio śledzenie doniesień o bolidach i publikowanie ich stało się znacznie trudniejsze, głównie ze względu na fakt, że zdecydowanie wzrosło tempo wydarzeń. Nie trzeba nawet specjalnie interesować się światem, by zauważyć, że wydarzenia wokół nas nasiliły się do tego stopnia, iż niemal nie ma ​​dnia bez jakiejś klęski żywiołowej lub kryzysu gdzieś na kuli ziemskiej.
Nasza cywilizacja przeżywa poważny wstrząs i ci, którzy zamiast oglądać Wielkiego Brata wolą poświęcić czas na naukę, jak współdziałać z rzeczywistością w sposób obiektywny, często wpadają w dość ponury nastrój, jeśli nie w depresję. Ale choć może to brzmieć pesymistycznie, widzenie naszej obecnej sytuacji i zastanawianie się nad nią jest w tych okolicznościach właściwą i najzdrowszą postawą. Poza wszystkim innym, sądząc po lekcjach z przeszłości i nieumiejętności wyciągania z nich nauk, społeczeństwo może nie mieć innego wyjścia, jak stanąć oko w oko z konsekwencjami naszej zbiorowej ignorancji.

© Unknown – Masaki Kobayashi, Kondycja ludzka

Gdyby przyszło nam zastanowić się nad historią, jaką ona rzeczywiście jest, musielibyśmy zdać sobie sprawę, że jesteśmy w żelaznym uścisku czegoś, co nieszczególnie przejmuje się naszym bólem i cierpieniem. Od tysiącleci, wciąż i wciąż od nowa, spadają na ludzkość te same niezliczone udręki. Całokształt ludzkiego cierpienia jest czymś przerażającym. A największym błędem naszej cywilizacji wydaje się być zapominanie o tym horrorze – lub ignorowanie go – co pozwala trwać tej niekończącej się pętli cierpienia. Obojętność i ignorancja wciąż utrwalają to błędne koło i przyczyniają się do globalnej choroby.
Jedną z lekcji płynących z historii – nie tylko ignorowanej, ale także przekręcanej i fałszywie przedstawianej – jest oczywiście kwestia zagrożeń z kosmosu. Nasi stali czytelnicy uznają te słowa za powtarzanie się, jednak jest to niezbędne, jeśli chcemy przełamać barierę amnezji międzypokoleniowej.
Nie należy jednak tracić nadziei. Sokrates powiedział, że musimy pamiętać, iż kondycja ludzka nigdy nie bywa trwała. Nie będziemy zatem rozradowani w razie powodzenia, ani zbyt pogardliwi w wypadku niepowodzenia. Skoncentrujmy się więc na bieżącym zagadnieniu i zacznijmy tę sekcję od dowcipu:
Kiedy w pewien pogodny dzień samolot pasażerski leciał nad Arizoną, drugi pilot prezentował pasażerom przez głośniki charakterystyczne punkty mijane na ziemi.
„Po prawej widać krater meteorytowy, który jest główną atrakcją turystyczną w północnej Arizonie. Powstał on, gdy bryła niklu i żelaza o średnicy około 150 metrów i wadze 300 000 ton uderzyła w Ziemię przy prędkości około 40 tysięcy mil na godzinę, rozrzucając rozgrzany do białości gruz na wiele mil w każdym kierunku. Krater ma prawie kilometr średnicy i 570 metrów głębokości“.
Wtedy dał się słyszeć komentarz jednego z pasażerów: „Och, o mało nie trafił w autostradę!”
Zabawne, prawda? Ale czy jednocześnie nie ilustruje to dobitnie, do jakiego stopnia nie odczuwamy żadnego związku między naszą rzeczywistością a potencjalnie katastrofalnymi skutkami impaktów? Z jednej strony, tacy potentaci jak NASA mówią nam, że nie ma się czym martwić i że mają wszystko pod kontrolą, a z drugiej, w ciągu ostatnich kilku miesięcy mieliśmy przynajmniej cztery „duże skały”, które ledwo ominęły naszą planetę. Oto kilka wybranych, resztę można znaleźć na naszych stronach w ciągle rozrastającej się kategorii „Fire in the Sky”.
27 czerwca 2011: Kolejna asteroida przeleciała dziś obok Ziemi!
3 czerwca 2011: Asteroida minęła Ziemię – Jakie są szanse, że zawsze nam się uda?
15 kwietnia 2011: Naukowcy odkryli asteroidę o potencjalnej mocy 15 bomb atomowych. Będzie tu dzisiejszej nocy.
16 marca 2011: Asteroida wielkości domu przelatuje w pobliżu Ziemi
Co jest dość niepokojące, prawie wszystkie z wyżej wymienionych asteroid zostały dostrzeżone, gdy już nas minęły. To się nazywa niespodzianka. A jeśli kiedyś jedna z nich nie chybi i trafi w autostradę, a może i w miasto?
Samobójcze komety i nocne błyskotki
11 maja kometa zanurkowała w Słońce i wywołała potężną erupcję. Dwa tygodnie później to samo wydarzyło się podczas burzy słonecznej i wyzwoliło kolejne CME.
Choć wydaje się to niesamowite, NASA stwierdziło, że zbieżność burz słonecznych i samobójczych komet jest czysto przypadkowa – nie ma żadnych dowodów na istnienie między nimi fizycznego związku. Akrobacje umysłowe, jakie muszą uprawiać naukowcy z NASA, żeby naprawdę uwierzyć w opowiadane przez siebie bzdury, zapierają dech w piersiach. Biorąc bowiem pod uwagę elektryczną naturę komet i Słońca (w aspekcie „kondensatora słonecznego”), prawdopodobnie wchodzi tu w grę coś więcej niż zwykły „zbieg okoliczności”.
Rozważcie ​​ideę, że dochodzi tu do elektrycznych wyładowań. Może to wyjaśnić, dlaczego erupcja na Słońcu rozpoczęła się przed fizycznym dotarciem do niego komety. Jeśli jakaś kometa w odległym zakątku Układu Słonecznego może wywołać wyładowania słoneczne – jak przyjmuje teoria elektrycznego wszechświata – to z pewnością wyładowanie elektryczne może zacząć się manifestować w miarę zbliżania się komety.
Harrison Koehli w swojej recenzji książki Planet-X, Comets and Earth Changes J.M. McCanneya podsumowuje rozładowania słoneczne w następujący sposób:
Zasadniczo, ruch elektronów w koronie słonecznej jest nieco spowolniony, przy jednoczesnym wyrzucaniu nadmiaru protonów przez rozbłyski słoneczne. Nadwyżka protonów w wietrze słonecznym prowadzi do rozdzielenia ładunków w całym Układzie Słonecznym – gigantycznym kondensatorze z dodatnio naładowaną mgławicową chmurą pyłów i gazów w kształcie torusa, rozciągającą się po krańce Układu Słonecznego, i ujemnie naładowaną powierzchnią Słońca. Pomiędzy tymi dwoma biegunami istnieje różnica potencjału elektrycznego, a każdy obiekt przemierzający regiony plazmy o różnej gęstości ładunku zostanie naładowany, w zależności od jego rozmiaru i prędkości względnej. Kiedy nowe ciała (np. komety) wnikają z przestrzeni kosmicznej w ten obszar plazmy, rozpalają się i zaczynają rozładowywać słoneczny kondensator.

© Unknown

Jak mamy więc zrozumieć te stwierdzenia NASA? Czy są ignorantami z wyboru? Czy oni naprawdę nie mają pojęcia, na co wskazywałyby ich wypowiedzi na temat chmur srebrzystych, widywanych teraz już na całym świecie i na znacznie mniejszych szerokościach geograficznych niż normalnie.
A może celowo ukrywają rażąco oczywistą prawdę, że komety oddziałują elektrycznie z naszym słońcem, powodując rozładowania ogromnych ilości energii w postaci rozbłysków, CME itp. (jak miało to miejsce tutaj, tutaj, tutaj i tutaj)?
McCanney twierdzi w swojej książce, że personel NASA „ma zakaz podawania do publicznej wiadomości informacji, które mogłyby wywołać ogólnonarodową panikę” (str. 83). Podobnie jak w Wojnie z Terrorem™, która zasłania się „interesem bezpieczeństwa narodowego”, tak i niechęć do wywołania „ogólnokrajowej paniki” jest aż nadto utartym schematem. Tak bardzo utartym, że aż oczywistym, a to dzięki wysiłkom takich badaczy i naukowców, jak James McCanney.
Jednak kłamstwa i oszustwa sięgają jeszcze głębiej.
Zasłona dymna kłamstw
Jedną z cech ludzkiej natury, poza adaptacją społeczną, jest szukanie w danej grupie kogoś, kto stałby się przykładem lub przywódcą. W skomplikowanych strukturach społecznych każdy ma swoją rolę, umożliwiającą wykorzystanie posiadanych talentów, przy jednoczesnym poleganiu na innych i oczekiwaniu, że oni także jak najlepiej wypełniają swoje obowiązki. Pewne role wymagają wyjątkowych zdolności lub rozległej wiedzy, przez co pełniące je osoby obciążone są większą odpowiedzialnością i mają większy wpływ na innych, czego świadomość powinna im stale towarzyszyć. Tak to powinno wyglądać w środowisku wolnym od patologicznych zachowań.
Rzeczywistość jest jednak inna, o czym wszyscy boleśnie się przekonaliśmy. Problem w tym, że jako gatunek ludzki nadal mamy te same, podstawowe wzorce zachowań. W dalszym ciągu oglądamy się na osoby u władzy, nawet jeśli popełniają katastrofalne pomyłki lub manipulują nami dla własnych celów. Podobnie jak dzieci patologicznych rodziców, zwykle znosimy te kłamstwa i manipulacje, a nawet myślimy, że to wszystko nasza wina, ponieważ wmawia się nam, że władza rodzicielska rozciąga się na nasze dorosłe życie i że oni wiedzą, co robią.
W swoim artykule z maja, From Where I Sit: Raindrops Keep Fallin’ On My Head, Laura Knight-Jadczyk napisała:
Coraz trudniej jest [Władzy Realnej] zatuszować krytyczną sytuację, w jakiej znalazła się nasza planeta, i odwrócić od niej uwagę. Ponieważ ludzie dostrzegają te zmiany, wymyślono brednie o broni pogodowej, mające ich przekonać, że wszystko jest „ukartowane”. Nadzorcy chcą, by społeczeństwo myślało o nich jako panach sytuacji, ponieważ gdyby wszyscy dowiedzieli się, że zmiany na Ziemi, które OBECNIE obserwujemy, są częścią nieuchronnego i od dawna spodziewanego procesu, rządy wszystkich państw zostałyby przez to społeczeństwo unicestwione. Bowiem myśl, że zmian na Ziemi nikt nie może powstrzymać, odbiera nadzieję. A masy ludzkie pozbawione nadziei są bardzo niebezpieczne.
Dlatego też, w celu uniknięcia takiego niekorzystnego dla siebie obrotu spraw, panująca elita wykorzysta każdy sposób, byle tylko utrzymać tę iluzję. A w tym przypadku polega to na poprawianiu i uzupełnianiu faktów, aby były jej na rękę:
Kwestia meteorów raz jest całkowicie ignorowana i uznawana za zjawisko, które „nie powtórzy się za życia jednego pokolenia”, innym razem meteory okazują się hukiem samolotu przekraczającego barierę dźwięku, trzęsieniem ziemi albo inwersją temperatury. Czasami, zwłaszcza gdy dochodzi do obserwacji szczególnie jasnego meteoru, zjawisko przybierze częstotliwość „jednego na miesiąc”. A jeszcze innym razem, gdy faktów nie da się zignorować, przedstawia się nam wyjaśnienie, że „to był tylko meteor”, nie ma żadnych powodów do obaw. Istotnie, wiele obserwacji meteorów z zeszłego miesiąca nie było wyjątkowych, ale najważniejsze jest to, że pojawiły się w mediach – w takich czy innych okolicznościach – oraz fakt potwierdzenia przez władze, że faktycznie były to uderzenia meteorów. Oto kilka przykładów:
4 maja 2011: Meteor ląduje na dachu domu w północnej Polsce
11 maja: Wirginia, USA: Przyczyną tajemniczego huku był najpewniej meteor
11 maja: USA: Władze podejrzewają, że to meteor zniszczył trawnik w Basking Ridge
14 maja: NASA twierdzi, że wielki huk w okolicy Virginia Beach to tylko meteor

© Unknown – Co tak naprawdę się dzieje?

Poza drwinami i zaprzeczaniem, inną ulubioną metodą Władzy Realnej, jeśli chodzi o mącenie, jest dezinformacja lub rażące akcje COINTELPRO. Wykpiwanie i marginalizowanie tego problemu weszło w zwyczaj naukowcom z NASA. Oto, co David Morrison, planetolog i wieloletni pracownik Ames Research Center przy NASA, miał do powiedzenia w kwestii zbliżającej się komety Elenin:
„Żyjemy w napiętych czasach, kiedy teorie spiskowe i przepowiednie katastrofy są popularne jak nigdy dotąd. Całą tę atmosferę rosnącego strachu przed kosmicznymi obiektami i zjawiskami, która raz po raz zaczyna szaleć po Internecie, zwykłem nazywać kosmofobią. Jak na ironię, w czasach przed dominacją nauki, komety powszechnie uważano za zwiastuny katastrof, głównie dlatego, że pojawiały się nieoczekiwanie – w przeciwieństwie do planet i gwiazd, których ruch można było śledzić co do roku, a nawet dnia.”
Z całym szacunkiem, ale David Morrison przejawia skrajną ignorancję w kwestii wiedzy, jaką miały cywilizacje „czasów przednaukowych” o cyklicznej naturze kosmicznych zjawisk i roli „zwiastunów katastrof” w zmienianiu naszego świata.
W tym miesiącu nagroda złotego COINTELPRO wędruje do Richarda Hoaglanda (który przechwala się swoimi bliskimi kontaktami z pracownikami NASA i JPL [Laboratorium Napędu Rakietowego]), za odtworzenie memu pt. „Elenin jest olbrzymim statkiem kosmicznym”, co SOTT uważa za niepokojące i niebezpieczne. Bowiem ostatnim razem, gdy rozdmuchano histerię o „statku-matce”, mylnie branym za kometę, czy też lecącym w jej pobliżu, członkowie sekty Wrota Niebios popełnili zbiorowe samobójstwo. Wymowny jest już sam fakt, że wokół Elenin jest tyle szumu. Zdaje się to wskazywać, że Władza Realna jednak wie o komecie Elenin coś, czego my wiedzieć nie powinniśmy.
To co tak usilnie chcą ukryć?
Niebezpieczny związek: Meteoryty i wirusy
Pod koniec maja br. Europę, a zwłaszcza Niemcy, ogarnęła histeria skażonych ogórków. Wybuch epidemii „najbardziej wirulentnego szczepu E.coli, jaki znamy”, zabijał ludzi i stał się tematem numer 1 w mediach. Naukowcy europejscy prześcigali się w zlokalizowaniu źródła epidemii, w wyniku której zmarło co najmniej 16 osób, a setki zachorowały, i która zachwiała rynkiem spożywczym na całym kontynencie.
Jak podał niemiecki dziennik Süddeutsche Zeitung, Helge Karch, dyrektor monachijskiego laboratorium Instytutu im. Roberta Kocha, odkryła, że bakteria O104:H4 odpowiedzialna za wybuch epidemii jest tzw. chimerą, zawierającą materiał genetyczny z różnych odmian bakterii E.coli. Karch odkryła ponadto, że bakteria posiada sekwencje DNA pochodzące od bakterii dżumy, co czyni ją szczególnie chorobotwórczą.
Na początku czerwca Światowa Organizacja Zdrowia wydała oświadczenie, że owa śmiertelna bakteria E.coli faktycznie jest mutacją dwóch jej odmian i w takiej formie nie zaobserwowano jej nigdy przedtem.
Skutkiem tego w północnych Niemczech, a później i w innych krajach Europy, zniszczono tony sałaty, ogórków i pomidorów z obawy przed rozwinięciem się epidemii. A jeśli kierowanie uwagi na ogórki i warzywa ma na celu ukrycie czegoś znacznie gorszego?
Zanim przedstawimy naszą hipotezę, należałoby zaznaczyć, że znane są nam opinie komentatorów takich jak Mike Adams, którzy twierdzą, że skoro E.coli była odporna na wiele rodzajów antybiotyków, musi być dziełem naukowców. Mamy tu kolejny przykład ludzkiej desperacji (poniekąd zrozumiałej), by za wszelką cenę utrzymać pogląd, że ktoś jednak jest za to odpowiedzialny!
Jednak główną wadą tego typu argumentów jest to, że opierają się na wątpliwych badaniach, a i to w najlepszym razie. Inną chorągiewką ostrzegawczą dla nas jest fakt, że zwolennicy teorii o broni biologicznej jako dowód wskazują na sekwencje dżumy dymieniczej znalezione w DNA bakterii E.coli. Jak wyjaśnimy poniżej, cała ta histeria nie ma wiarygodnych podstaw, ponieważ, jak wykazała dr Gabriela Segura, bakteria Yersinis Pestis wcale nie była źródłem plagi czarnej śmierci. Bardzo prawdopodobne, że śmiertelnego wirusa przytaszczyła tu jakaś kometa.
Ale po kolei.

(Piekło na ziemi, koszmar ukazany przez flamandzkiego malarza Pietera Bruegela na jego obrazie z XVI w. Triumf śmierci. Niepokój społeczny i terror były konsekwencją zarazy, która zdziesiątkowała średniowieczną Europę. Czy istniało tu kosmiczne powiązanie?)
Jak wynika z naszych szeroko zakrojonych badań, nie dość, że istnieje wysokie prawdopodobieństwo zderzenia kosmicznego obiektu/obiektów z Ziemią oraz nadejścia epoki lodowej, to grozi nam jeszcze jedno, bardziej „namacalne” niebezpieczeństwo – jeżeli rzeczywiście ono nadejdzie (a wnioskując po zarazie ogórkowej możliwe, że już się zaczęło), wówczas przyniesie jeszcze więcej cierpienia i zamętu, nie mówiąc już o panice. Ale jak to mówią, przezorny zawsze ubezpieczony, a jako że nie mamy zamiaru rozpuszczać plotek wyssanych z palca, sprawdźmy, czy poniższe wnioski badań naukowych podtrzymają naszą teorię i czy pomogą nam przygotować się na to, co może nas czekać w niedalekiej przyszłości.
We wspólnym artykule ‘Comets and Contagion: Evolution and Diseases From Space’ dr R. Joseph i dr Chandra Wickramasinghe, dyrektor Centrum Astrobiologii Uniwersytetu Walijskiego, napisali:
Niemal w całej historii ludzkości komety kojarzono ze śmiercią i chorobami. Jednak przybywa dowodów na to, że życie na Ziemi powstało właśnie dzięki kometom i innym gwiezdnym okruchom. Jeśli przelatujące komety przenosiły i przenoszą ze sobą wirusy i mikroorganizmy, może to wyjaśniać, dlaczego starożytni astronomowie przypisywali okresowe wybuchy epidemii tymże obiektom. Co więcej, okresowe pojawianie się bakterii, archeonów, wirusów i genów z kosmosu mogło mieć bezpośredni wpływ na ewolucję i wymieranie żywych organizmów na Ziemi.
Przy takim scenariuszu ewolucja wyższych roślin i zwierząt, w tym ludzi, byłaby uzależniona od genów z kosmosu, podobnie jak wybuchy pandemicznych chorób. Dziesiątkujące ludność zarazy były w istocie czynnikiem wpływającym na ewolucję, bowiem ci, którzy przeżyli te kataklizmy, przekazywali wirusowe geny swoim potomkom. Chociaż lęk i respekt starożytnych przed kometami mógł przypadkowo zbiegać się z wybuchami epidemii, równie dobrze mógł on być uzasadniony. 
Poza tą publikacją, wiele innych prac potwierdza hipotezę kosmicznego źródła plag. Pod koniec sierpnia 2010 opublikowano artykuł wskazujący na coraz większą liczbę dowodów potwierdzających teorię panspermii, promowaną przez fizyka Freda Hoyle, zgodnie z którą na powierzchni komet, asteroid i w skupiskach pyłu międzygwiezdnego istnieją formy życia, zaś życie na Ziemi wywodzi się od jednego lub kilku z powyższych źródeł. W artykule stwierdzono ponadto, że czerwony deszcz, który spadł w Indiach w 2001 roku, zawierał komórki „niepodobne do ziemskich”.
Badania przeprowadzone w okolicy miejsca katastrofy tunguskiej także wykazały znaczną koncentrację mikroorganizmów w przestrzeni powietrznej nad południowo-zachodnią Syberią (na wysokości 0,5-7 km i w promieniu 5-10 km od przybliżonego miejsca eksplozji większego odłamka komety).
Według kolejnych badań, opublikowanych 25 kwietnia 2011, poszczególne rodzaje bakterii są w stanie przetrwać i rozmnażać się w stanie „hipergrawitacji” – tj. grawitacji silniejszej od ziemskiej ponad 400 tysięcy razy. Jak sugeruje odkrycie, obce formy życia mogą przetrwać w różnorodnych warunkach, włącznie z uderzeniami meteorów, co umacnia hipotezę o możliwej wymianie żywych organizmów między planetami.
Co więcej, jak wykazały badania kanadyjskich naukowców z początku czerwca 2011, meteoryt znaleziony w Kolumbii Brytyjskiej stanowi dowód na to, że asteroidy są miejscem powstawania cząsteczek takich jak aminokwasy, będących budulcem żywych organizmów.
Najwyraźniej wyższe temperatury, obecność wody oraz pewnych minerałów na asteroidach zapewniają lepsze warunki niż przestrzeń międzygwiezdna do zaistnienia określonych reakcji chemicznych. Są one niezbędne do powstania cząsteczek organicznych (czyli zawierających węgiel), z których w znacznej mierze zbudowane są żywe organizmy. Innymi słowy, meteory mogły być źródłem niektórych pierwiastków, niezbędnych do powstania życia na Ziemi.

© Unknown – Czarna Śmierć

Gdy już poznaliśmy naukowe hipotezy, sugerujące możliwość przenoszenia obcych patogenów przez komety i inne ciała niebieskie, sprawdźmy, co ma do powiedzenia na ten temat oraz w kwestii zbliżającej się komety nasze źródło „10% inspiracji”:
Sesja 13 lutego 2011
P: (Andromeda) Coś jeszcze na temat Elenin? (Perceval) Czyli będziemy musieli przekonać się sami? (Psyche) {Nawiązując do naszych ostatnich badań dotyczących kometarnych patogenów i ich ewentualnego związku ze śmiercią ponad połowy ludzkiej populacji w czasach Wieków Ciemnych, które teraz uważa się za okresy kometarnych katastrof} Czy mamy spodziewać się powrotu czarnej śmierci?
O: Wysoce prawdopodobne.
P: (Galaxia) Najpierw w Europie? Gdzie uderzy?

O: Poczekaj, a dowiesz się.
P: (Galaxia) No nie! To wszystko, co miałam do powiedzenia.
O: Ludzie o specyficznym profilu genetycznym mogą ucierpieć tylko w niewielkim stopniu.
P: (Andromeda) Czy to ktoś z nas? (Galaxia) To nie brzmi, jakby ktokolwiek miał być odporny… raczej jak „Będą bardzo niewiele cierpieć przed śmiercią”!

O: Palenie tytoniu jest tu wskazówką i pomocą.
P: (L) Wskazówką dla profilu genetycznego?

O: Tak.
P: (Psyche) To interesujące. [wszyscy zapalają papierosa i wybuchają śmiechem] (Psyche) Wszyscy zapalili! Mam ochotę na papierosa! (śmiech)
O: Nie tylko obcy nie lubią jeść ludzi, którzy palą! Ale z pewnej perspektywy wirusy wywołujące takie choroby, jak czarna śmierć, też są “obcymi”.
P: (Psyche) Powinniście przeczytać artykuł z następnego numeru The Dot Connector: “Czarna śmierć w nowym świetle: wirusowe i kosmiczne powiązanie”. (L) Jeśli spojrzeć na to z perspektywy czwartej gęstości, kiedy pojawia się coś takiego jak czarna śmierć, a wraz z nią cierpienie na globalną skalę – i kiedy czytasz o tym, czarna śmierć jest po prostu straszna – ale jeśli coś takiego wywołało tak wielkie cierpienie na naszej planecie, Służący Sobie z 4. gęstości musieli mieć ucztę, żerując na tym cierpieniu. Czyli kosmiczny wirus mógłby współdziałać z rzeczywistością 4. gęstości, zapewniając jej pożywienie.

O: Wystarczająco blisko!
P: (Andromeda) Kiedy to się zacznie? (Atriedes) To już przepowiadanie przyszłości… (śmiech) (Galaxia) Niedługo, czy później?
O: 18 miesięcy do 2 lat.
P: (L) Innymi słowy, jeśli Elenin lub inny obiekt ma coś takiego w ogonie, a Ziemia przejdzie przez ten ogon, może minąć rok lub więcej, zanim [materiał z ogona] opadnie na powierzchnię?
O: Tak.
Wszystkich zainteresowanych prawdziwą przyczyną plagi czarnej śmierci oraz tym, jak obronić się przed możliwymi epidemiami w przyszłości, zachęcamy do lektury artykułu dr Gabrieli Segury New Light on the Black Death: The Viral and Cosmic Connection (Czarna śmierć w nowym świetle: Wirusowe i kosmiczne powiązanie).
Czego możemy lub powinniśmy się spodziewać tej jesieni, kiedy to kometa Elenin – niech nawet będzie pospolitą kometą – będzie mijała Ziemię?
Choć kometa Elenin najpewniej nie zderzy się z Ziemią, to co się może stać, gdy Ziemia przejdzie przez jej ogon? Jak wiadomo, warkocze komet zawierają duże ilości pyłu i kawałków asteroid. Wiadomo również, że bakterie i inne mikroby znajdujące się w pyle warkocza mogą przeżyć w takich warunkach. A jako że Elenin, by tutaj dotrzeć, przebyła całkiem sporą odległość, mogła zebrać po drodze jakieś obce bakterie.
Możliwe, że zaobserwujemy wysyp nowych chorób albo jakąś pandemię z końcem jesieni lub na początku zimy (północna półkula) – albo dopiero w przyszłym roku. Może trochę potrwać, zanim opadnie materiał z warkocza komety, który trafi do wyższych partii atmosfery wraz z przechodzeniem Ziemi przez jej pozostałości.
Niezapowiedziani goście?
SOTT lubi zagadki, podobnie jak lubimy szukać poszlak czy brakujących fragmentów układanki. Kiedy natrafimy na coś niezwykłego lub ciekawego, nawet gdy brak punktu odniesienia lub choćby pomysłu na to, z czym mamy do czynienia, pozwalamy sobie na domysł, gdzie dany element mógłby pasować. Nie ma nic złego w samej spekulacji, jednak, o czym wiemy zbyt dobrze, bezpodstawne spekulacje mogą wymknąć się spod kontroli i zacząć żyć własnym życiem.
Bolidy i meteory nierzadko bierze się za „UFO”, „portale międzywymiarowe” czy „statki-matki”. Nie odrzucamy całkiem tego typu hipotez, ponieważ – w oparciu o naszą własną wiedzę – obserwacje UFO równie często zbiegają się z obserwacjami meteorów czy ze zjawiskami paranormalnymi. Ale jak zawsze w takich przypadkach, co zresztą dotyczy wszelkich hipotez, kluczowe jest tutaj zebranie dowodów, które mogą przybliżyć nas do ewentualnego wyjaśnienia.
Przyjrzyjmy się więc najpierw danym. RussiaSpaceWeb.com stworzyła listę tegorocznych lotów orbitalnych z całego świata, zawierającą datę, miejsce, rodzaj lotu i jego status – zarówno udany, jak i nieudany. Ze względu na długie przygotowania i ogromny budżet, o fakcie lotu na orbitę powiadamia się zwykle na długo przed lub przy samym starcie. Rzecz jasna, mogą istnieć także tajne loty, niemniej jednak wszystkie starty muszą odbywać się w odpowiednio przygotowanym do tego miejscu.
Wielu z was pamięta zapewne nagranie, na którym widać nietypowe zjawisko na niebie nad Kazachstanem, dziwnie przypominające fragment komety wchodzącej do atmosfery. Z racji tego, że w Kazachstanie mieści się kosmodrom Bajkonur, obserwacja mogła dotyczyć wystrzelenia rakiety, jednak poniższy element układanki może rzucić nieco światła na ten incydent.
Sesja z 13 lutego 2011
P: (Perceval) Czy to, co uznaliśmy za kometę nad Kazachstanem, było rosyjską rakietą, jak to oficjalnie stwierdzono?
O: Nie.
P: (Perceval) Czy była to kometa?
O: Tak.
P: (Perceval) Z tego, co wiemy o kometach, wyglądało to właśnie na kometę.
O: Fragment. Spodziewajcie się wielu wykrętów z „odpalaniem rakiety”. Gdyby faktycznie było to odpalenie rakiety, zapowiedzieliby to.
Oczywiście możecie spierać się, że mógł to być tajny start rakiety. W końcu zdarzyło się to niedaleko kosmodromu. W każdym razie, 22 czerwca sfilmowano podobne zjawisko na niebie nad Wytiegrą w Rosji:
(Źródło: http://pracownia4.wordpress.com/2011/09/09/laczenie-punktow-%E2%80%93-zmiany-w-kosmosie-niestabilnosc-planet-i-zwariowana-pogoda-1/)

2 odpowiedzi na „Łączenie punktów – Zmiany w Kosmosie, niestabilność planet i zwariowana pogoda

  1. xXxCockLoverxXx pisze:

    sprzedam opla

  2. Anonim pisze:

    „… zwany wyrzutem koronalnym, jaki nastąpił 4 czerwca, prawdopodobnie nie był największym ze wszystkich do tej pory…”.Naukowcy i redaktorzy, jeśli ktoś będzie czytał ten artykuł kiedykolwiek i tak nie będzie wiedział o który rok chodzi i na co to komu. Nie podajecie najistotniejszych informacji naukowcy i redaktorzy, uważam to za najważniejszy błąd, nakazujący czytającemu porzucenie dalszej treści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s