Tajemnice polskiej „transformacji”…

Choć ostatnimi czasy tak wiele poświęcam sprawom kosmicznym zdarzył mi się okres, gdy natrafiłem na kilka dobrych dokumentów opisujących prawdziwe realia rzekomej polskiej „transformacji” i upadku komunizmu. Cóż, po takiej dawce informacji obraz staje się całością a takie wydarzenia jak zamach smoleński nie jest już takim szokiem….
Pamiętam dokładnie, gdy wydarzył się Smoleńsk byłem w wielkim szoku. Nie wierzyłem, że mogło dojść do takiego zamachu, ale z każdym dniem widząc medialną i polityczną propagandę mającą ukryć fakty wszystko stawało się jasne. Przed 10kwietnia 2010 roku widziałem już tak wiele elementów NWO na świecie, ale nie widziałem tego w Polsce! Nie zajmowałem się tym, sądziłem, że nas to nie dotyczy w tak dużym stopniu. W pewnym sensie sympatyzowałem nawet z „liberalnym” Tuskiem! 
Smoleńsk mnie otrzeźwił i zacząłem na nowo odkrywać historię Polski. Gdy pozna się jej kulisy nic już nas w dzisiejszym państwie nie zdziwi. Transformacja ustrojowa to jeden wielki żart, jeden wielki przekręt podczas którego elita władzy przejęła kilkoma ruchami władze Solidarności, ustawiła rokowania w Magdalence i przypieczętowała nową tylko formę władzy i wyzysku Polaków. NWO-wska mafia – oddział Polska – zmieniła nieco tylko szyld, by wszystko zostało po staremu. Jednocześnie jednak przyspieszono w ten sposób realizację planu globalistów na tym terenie – planów ustanowienia globalnego rządu i poddańczego w nim regionu – Polski.
I historia świata i nasza polska historia powinna być spisana od nowa…
Tutaj znajdziecie natomiast więcej faktów totalnie podważających śmieszną wersję oficjalną – opracowanie prof. Biniendy wyśmiewanego przez mainstream. Sami osądźcie co ma więcej sensu – bajka MAK-u i komisji Millera, czy naukowe opracowanie polskiego profesora:

Ten wpis został opublikowany w kategorii Aktualności, NWO i tajne projekty, Zamach w Smoleńsku. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Tajemnice polskiej „transformacji”…

  1. zwykły_dr pisze:

    Jako pracownik naukowy jednej z większych Politechnik coś tam wiem o badaniach a już z pewnością całkiem dobrze orientuję się w stopniach, tytułach i stanowiskach naukowych🙂 Pozwólcie więc, że wtrącę do dyskusji trochę „faktologii”.

    W naszym (i kilku ościennych) krajach gradacja pozycji uniwersyteckich jest dosyć prosta. Osobnicy bez habilitacji to robole posiadający mały zakres decyzyjny za to duży „wykonawczy”🙂 Habilitacja (i tylko ona) zapewnia status Samodzielnego Pracownika Naukowego, który jest podstawą konstruowania zależności organizacyjnych oraz przepustką do prowadzenia takich funkcji jak Kierownik grantu badawczego czy Dyrektor instytutu. Dalej mamy dwojakie rozumienie „profesora”. Dożywotni TYTUŁ profesora jest nadawany dr hab. za pewną paczkę osiągnięć naukowych i poparcie grona leśnych dziadków. I jest to tzw. profesor zwyczajny, hehe. Przy braku tego poparcia należy zadowolić się STANOWISKIEM profesora uczelnianego, które to przyznawane jest tylko na okres pracy. Jego hmm… „zasięg honorowania” ogranicza się teoretycznie do danej uczelni a praktycznie zależy od pozycji uczelni na świecie. I tylko tak, zupełnie tymczasowo należy rozumieć profesorów z większości uczelni zachodnich.
    Będąc na wymianie też mi się kiedyś fartnęło i dostałem takowe stanowisko. Będąc w PL pompowałem sobie ego tytułując się na świeżych wizytówkach prof-em a osoby niezorientowane kłaniały się w pas. Później znudziło mi się robienie z sobie pajaca wśród tej drugiej grupy kolegów.
    Sami sobie odpowiedzcie jak to jest z tą profesurą Pana dr inż. Wiesława Biniendy.

    Osobiście (tu się na chwilę faktologia kończy) tak jakoś przykro mi się zrobiło patrząc na zakres dorobku i naukowego i inżynierskiego tego pana. Bo wyłania się obraz niezłego fachowca, który uczestniczył w niejednych, poważnych pracach i przedsięwzięciach z/z aerodynamiki. A teraz puścił takiego bąka na polityczne zamówienie.

    Wracając do tematu, wszelkie większe badania i analizy techniczne czy ekonomiczne wykonuje się dziś za pomocą przybliżania metodami symulacyjnymi. Do rzeczowej symulacji musimy posiadać model jak najbardziej zbliżony do tego wycinka rzeczywistości, który w danym momencie nas interesuje. Model ten nigdy nie będzie idealny, niemniej jednak jeżeli jego parametry będą zasilone w jak największym stopniu wartościami rzeczywistymi to idziemy w dobrym kierunku.

    I to właśnie bardzo lubię w analizie symulacyjnej układów dynamicznych. Manipulując odpowiednim zakresem parametrów i warunków symulacji jestem w stanie udowodnić praktycznie każdą teorię (noo, może każdą kręcącą się wokół dziedziny problemowej). Tak niestety „robi się” część współczesnej nauki – najpierw są założenia a później selektywnie dobiera się do nich fakty.
    Każdy z Was może pokusić się o taką analizę. Najprostsza droga to załatwienie sobie dostępu do pakietu Matlab/Simulink z Aerospace toolbox, dociągnięcie jakiegokolwiek modelu Tu-154 i hulaj dusza🙂 Możecie nawet dowodzić, że taki samolot wystartować nie powinien, hehe. Tylko co z tego? Jak ktoś już słusznie wspomniał, bez zbliżenia się do rzeczywistych parametrów danego egzemplarza wyniki całej symulacji nigdy nie są miarodajne. Koniec.

  2. Lee Voytee pisze:

    Panie Łoziński. Jestem Panu wdzięczny za napisanie tak obszernego i szczegółowego wyjaśnienia o kompetencjach i kwalifikacjach tzw. „eksperta” Biniendy i precyzyjną ocenę jego ekspertyzy robionej na wyraźnie polityczne zamówienie tzw. „komisji Macierewicza” .
    Równocześnie obawiam się że pańskie siły i trud poszły na marne i w tzw. „gwizdek” bo materiały przedstawiane na tym portalu odwiedzają przeważnie osoby przekonane o jedynie słusznej teorii zamachu prezentowanej przez Macierewicza na polityczne zamówienie Kaczyńskiego. Chociaż może komuś jednak coś zacznie świtać w głowie

  3. Maroo pisze:

    Kolejny materiał do MYŚLENIA !!!! znaleziony w sieci
    http://maruda.salon24.pl/421952,biniendyzacja-smolenska

    Biniendyzacja Smoleńska

    Wg prof. Biniendy i dra Nowaczyka na pasażerów działało przedciążenie kilku g – nie powinno więc spowodowac śmiertelnych obrażeń.

    Skąd panowie naukowcy biorą to kilka g?

    Elementy samolotu od miejsca upadku do miejsca spoczynku przebywały drogę od 30 do 75m. Jeżeli użyjemy wzoru na ruch jednostajnie opóźniony dla prędkości końcowej=0, jakiego uczyliśmy się w szkole podstawowej a=v2/s

    wówczas dla prędkości uziemienia v=260km/h

    oraz drogi s=30…75m

    otrzymamy wartość średnią przeciążenia a=15g…7g

    Kłopot w tym, że jest to wartość średnia. A „hamowanie” elementów samolotu w momencie katastrofy nie przebiega w sposób jednostajnie opóźniony. Przyspieszenie zmienia się skokowo: w momentach kolizji z innymi elementami lub gruntem przyjmując wartości kilkudziesięciu g by ułamek sekundy później poruszać się ruchem niemalże jednostajnym, opóźnianym jedynie przez opór powietrza.

    Wg prof. Biniendy fragment skrzydła samolotu, jeżeli zostałby ucięty powinien był spaść ok. 12 m dalej, a nie 111 m, tak jak został odnaleziony.

    Wg dra Szuladzińskiego skrzydło „odpadło” od samolotu prawie w miejscu jego znalezienia (czyli przez domysł – „przeleciało” również niewiele ponad kilkanaście metrów).

    „Działanie na końcowy odcinek skrzydła powoduje, że odcinek ten zyskuje prędkość wsteczną względem ruchu samolotu. (Rys. 13b). Impuls siły tnącej daje też impuls momentu obrotowego wokół środka ciężkości, co powoduje wirowanie odcinka skrzydła względem osi pionowej. Taki stan ruchu pozwala osiągać znaczny zasięg lotu na tej samej zasadzie, jak działa bumerang. Ta hipoteza wyjaśnia, jak to się stało, że skrzydło „wróciło” do okolicy punktu K. Siła bezwładności pchała je w przód, natomiast siła wybuchu popchnęła je w tył, kręcąc nim jednocześnie.”

    Gdyby „latanie” w stylu bumerangu było tak proste i powszechne jak pisze pan doktor (obecnie Australijczyk), wówczas na naszych podwórkach byłaby to najpospolitsza zabawa małych chłopców. Sęk w tym, że nawet mając „australijski” bumerang nie jest prostym wprawić go w taki ruch, by rzucony wrócił.

    A jak to wygląda w licealnych wzorach?

    Dla składowej poziomej ruchu:

    V1=s1/t

    gdzie v=275km/h – prędkość samolotu w momencie domniemanego uderzenia w drzewo

    s1 – droga pozioma jaka powinno przebyć skrzydło po odpadnięciu od samolotu

    t – czas jaki upłynie od momentu odpadnięcia skrzydła do jego upadku

    Dla składowej pionowej ruchu:

    g=(vk-v0)/t

    gdzie g=9,81m/s2 – przyspieszenie ziemskie

    v0=0m/s – początkowa składowa prędkości pionowej

    vk=s2/t – składowa prędkości pionowej w momencie upadku ułamanego skrzydła

    gdzie s2=5,1m – wysokość złamania brzozy

    czyli g=s2/t2

    Przyrównując oba czasy otrzymujemy:

    S1=v1x(s2/g)1/2

    Po podstawieniu wartości mamy minimalną wartość odcinka pionowego jaką powinno przebyć skrzydło podczas swobodnego upadku

    S1=55m

    W rzeczywistości jest to ruch opóźniony ze względu na opór powietrza. Ale opóźnienie nie jest na tyle znaczące by droga skróciła się pięciokrotnie. Upadek odbywa się w powietrzu a nie np.: w wodzie. Gdyby upadek miał nastąpić w odległości 12 m, wówczas skrzydło powinno doznać znaczącej prędkości początkowej.

    Powstaje jednak pytanie: jak to się stało, że skrzydło nie spadło w odległości 55m od brzozy a aż 111m ?

    Jest na to możliwa odpowiedź, która dodatkowo tłumaczy w jaki sposób końcówka lewego skrzydła znalazła się z prawej strony toru lotu samolotu. A oto ona:

    Podobnie jak drzewo nie zostało całkowicie ułamane (jest złamane ale częściowo),Brzoza tak samo skrzydło nie zostało przecięte wzdłuż całej szerokości a jedynie w przedniej części, natomiast pozostała część została konstrukcyjnie nadwyrężona. Nadłamany fragment skrzydła jest poddawany obciążeniom

    Siły działające na nadłamane skrzydło

    Pod wpływem obciążenia aerodynamicznego (jak na rysunku) skrzydło łamie się do reszty po ułamku sekundy, a popęd jaki mu nadała ta siła, powoduje jego „przerzucenie” na druga stronę trasy lotu samolotu.

    Mogło tak być? Nie musiało ale mogło. Bez odwoływania się do bumerangów, zmieniania gęstości i lepkości powietrza

    No i koronny argument profesora Biniendy, że skrzydło nie mogło zostać być przecięte przez drzewo a powinno być odwrotnie.

    Poniżej dla wszystkich niewiernych Tomaszy (czyli i dla mnie), którzy wola samemu zmierzyć, zważyć, dotknąć, policzyć albo chociaż zobaczyć. Jeden z dostępnych w sieci filmów dokumentujących ok. 1960 r. doświadczalną katastrofę samolotu DC7. Na filmie można zwrócić uwagę na spotkanie prawego skrzydła samolotu z dwoma drewnianymi słupami. Słupy mają średnicę ok. 20cm. Pierwszy słup uderza w skrzydło na jego długości ok. ¼, drugi mniej więcej w 2/3 jego długości. Same uderzenia można zobaczyć z kamery umieszczonej naprzeciw samolotu (czas: 0:17…0:23) oraz z samolotu wzdłuż skrzydła (czas: 1:09…1:13).

    Samolot jest rozpędzony do prędkości sporo mniejszej od naszego smoleńskiego przypadku. Jedno uderzenie następuje między silnikiem a kadłubem samolotu, a więc na odcinku maksymalnie wzmocnionym. Widać jak słup wrzyna się w skrzydło i następnie łamie. Natomiast drugi słup uderza w ¼ długości skrzydła, powodując całkowite jego przecięcie. Odcięty fragment skrzydła koziołkując pozostaje powoli z tyłu samolotu (nie cofa się jak bumerang i nie spada od razu).

    A więc możliwe jest odcięcie fragmentu skrzydła przez słup / drzewo ?

  4. Tom pisze:

    Bienienda powiedzial ostatnio b. ciekawa rzecz: „byl zamach w Smolensku albo go nie bylo”. Mysle , ze faktycznie ten uczony ma racje…

  5. gaster pisze:

    Drogi Maroo,ale możersz podważać jakość kompetencji pana Bieniedy,ale jak wytłumaczysz te dwa wybuch w samolocie, bo ja nie znam sie na tym…?

  6. Agni pisze:

    Mikołaju, czy Ty czytasz te wpisy? Czy ktoś moderuje tę stronę? Trzeba usunąć tego trolla, który podaje się za Pana Staszka i notorycznie umieszcza swoje głupawe komantarze.

  7. Pan_Staszek pisze:

    Już w czerwcu Wałensa będzie zombiakiem i przewróci się na ulicy i już nie wstanie co jest przepowiedziane przez Panią Rajską albowiem każden wie że Wałensa to kawał chama i gbur taki na pewno zombiakiem zostac musi co jest zgodne całkowicie z hiperfizyką pozdrawiam z Manhaim

  8. Krzysztof Łoziński jest nikim. Pracuje na niszowym, fatalnie redagowanym lewackim portalu Kontrateksty.pl, a jego nazwisko wyciągnął z niebytu prorządowy portal Onet (Grupa ITI). Łoziński napisał tekst, w którym atakuje profesora Biniendę, twierdząc, ze nie jest on profesorem, a po drugie, że kłamie w sprawie słynnej smoleńskiej brzozy.via Kto to jest Krzysztof Łoziński? – rewident: "Venimus, vidimus et Deus vicit" – Salon24.

  9. yellow pinto pisze:

    Maro🙂 Lubie cie😉

  10. Maroo pisze:

    Coś co znalazłem w komentarzach na WP.pl aby pomyśleć .
    Cała prawda o „profesorze” Biniendzie:

    Binienda nie jest ani pro­fe­so­rem w pol­skim tego słowa zna­cze­niu, ani fizy­kiem, ani eks­per­tem NASA i obec­nie wcale w NASA nie pra­cuje. Jedyne z tej wizy­tówki, co jest prawdą, to to, iż pra­cuje w USA.

    Od początku zwró­ciło moją uwagę to, że czło­wiek przed­sta­wiany jako pro­fe­sor fizyki z USA wyga­duje, na temat fizyki wła­śnie, takie bzdury, iż nie powi­nien nie tylko uzy­skać dyplomu z fizyki, ale nawet matury. A jed­no­cze­śnie używa skom­pli­ko­wa­nych pro­gra­mów kom­pu­te­ro­wych do obli­cze­nia wytrzy­ma­ło­ści brzozy i skrzy­dła samo­lotu, nie zna­jąc dokład­nej budowy tego skrzy­dła, wymia­rów, prze­kroi, mate­ria­łów, kształtu pro­fili kon­struk­cji… Jakim cudem fizyk, może obli­czać wytrzy­ma­łość cze­goś, o czym nie wie, jak jest zbu­do­wane i z czego? Co to za fizyk, który nie wie, że drobna róż­nica w kształ­cie pro­filu i w skła­dzie stopu, z któ­rego jest wyko­nany, może rady­kal­nie zmie­niać jego wła­ści­wo­ści? Co to za fizyk, który nie wie, że w przy­padku pro­wa­dze­nia obli­czeń, w któ­rych dane wyj­ściowe znane są w przy­bli­że­niu (Binienda ani PiS nie mają doku­men­ta­cji tech­nicz­nej tego samo­lotu), nastę­puje zja­wi­sko mno­że­nia błędu i błąd koń­cowy może nawet prze­kro­czyć sto pro­cent uzy­ska­nego wyniku? Co to za fizyk, który nie wie, iż każda teo­ria jest błędna, jeśli prze­czą jej fakty empi­ryczne (brzoza została zła­mana, a skrzy­dło odpa­dło, więc wszel­kie teo­rie o tym, że nie powinno odpaść, ale bo, że nie ude­rzyło w brzozę, są do bani i już)?

    Zaczą­łem szu­kać. Naj­pierw zna­la­złem list otwarty w „Kon­tra­tek­stach”, o któ­rym już nie pamię­ta­łem. Jest to „Pety­cja w spra­wie dys­kry­mi­na­cji oby­wa­teli pol­skich” z dnia 13 stycz­nia 2008, w któ­rej grupa sygna­ta­riu­szy użala się, iż nie mogą być zatrud­niani na pol­skich uczel­niach, bo pra­cują za gra­nicą, gdzie nie ist­nieje habi­li­ta­cja i sto­pień docenta, a nie pozwala na to ustawa, która mówi, że do tego zatrud­nie­nia potrzebna jest habi­li­ta­cja lub „znaczne i twór­cze osią­gnię­cia w pracy nauko­wej”. Jed­nym z sygna­ta­riu­szy jest: „Wie­sław K. Binienda, The Uni­ver­sity of Akron, Akron, OH, USA”.

    A to ci dopiero! Pro­fe­sor fizyki, Wie­sław Binienda, jak sam uważa, nie ma habi­li­ta­cji oraz „znacz­nych i twór­czych osią­gnięć w pracy nauko­wej”. Zazna­czam, to nie ja tak uwa­żam, to on sam się pod tym podpisał.

    No to szpe­ramy dalej i… bingo! Wie­sław Binienda ukoń­czył w 1980 roku Wydział Samo­cho­dów i Maszyn Robo­czych Poli­tech­niki War­szaw­skiej. Nie jest więc fizy­kiem, tylko inży­nie­rem od samo­cho­dów i trak­to­rów. Fizyki nie stu­dio­wał, przy­naj­mniej na Wydziale Fizyki UW (sprawdziłem).

    No dobrze, a może nauczył się póź­niej? W końcu ja też nie stu­dio­wa­łem dzien­ni­kar­stwa i poli­to­lo­gii, a od 30 lat się tym zaj­muję, tylko wła­śnie mate­ma­tykę i fizykę. Czemu więc odma­wiać prawa bycia fizy­kiem Binien­dzie? A no temu, że z jego publicz­nych wypo­wie­dzi wyziera kom­pro­mi­tu­jący wręcz brak zna­jo­mo­ści ele­men­tar­nych praw fizyki i to takich ze szkoły śred­niej (o tym dalej).

    A jak to jest z tym pro­fe­so­rem? W sys­te­mie ame­ry­kań­skim słowo „pro­fe­sor” nie ozna­cza stop­nia nauko­wego, tylko etat wykła­dowcy na uczelni. W zna­cze­niu ame­ry­kań­skim Binienda pro­fe­so­rem jest, bo rze­czy­wi­ście pra­cuje w Cole­gium of Engi­ne­ering (Szkole Inży­nier­skiej) Uni­ver­sity of Akron, w Akron w sta­nie Ohio. Po angiel­sku brzmi to nie­mal jak Oxford lub Sor­bona, ale jest to typowa pro­win­cjo­nalna szkółka pry­watna, która w ame­ry­kań­skich ran­kin­gach wyż­szych uczelni nawet nie jest noto­wana (a przy­naj­mniej nie zna­la­złem). Akron, to, jak na USA, dziura niczym pol­skie Skier­nie­wice, choć pod wzglę­dem liczby miesz­kań­ców, to co naj­mniej Radom. Nie wiel­kość mia­sta jest tu jed­nak istotna (Ber­ke­ley to też nie gigant, a uczel­nia zacna). Istotne jest to, że kogo bym z kole­gów fizy­ków spy­tał, to o ośrodku badaw­czym fizyki w Akron nie słyszał.

    Owszem, w języku angiel­skim, w USA, Binienda ma prawo uży­wać tytułu „pro­fe­sor”, ale źle jest, jeśli prze­nosi ten tytuł do Pol­ski i nie pro­te­stuje, gdy na kon­fe­ren­cjach PiS przed­sta­wiany jest jako „pro­fe­sor fizyki”. Uczci­wie powi­nien powie­dzieć: – Sorry, nie jestem fizy­kiem i pro­fe­so­rem, jestem inży­nie­rem i mam tylko dok­to­rat. I nikt by nie miał do niego pre­ten­sji. Ale wyko­rzy­sty­wa­nie w Pol­sce tego, że słowo pro­fe­sor po angiel­sku zna­czy co innego, niż po pol­sku, jest po pro­stu nie­uczciwe. Podob­nie jest ze sło­wem „stu­dent”, które po angiel­sku ozna­cza ucznia, a nie stu­denta, a mimo to ucznio­wie ame­ry­kań­skich szkół śred­nich nie twier­dzą w Pol­sce, że są stu­den­tami wyż­szych uczelni. Dok­tor inży­nier na pewno nie jest pro­fe­so­rem dok­to­rem habi­li­to­wa­nym fizyki, więc niech tako­wego nie udaje.

    Kim zatem jest Wie­sław Binienda w tej Szkole Inży­nier­skiej (Cole­gium of Engi­ne­ering) Uni­wer­sy­tetu w Acron? Jest dzie­ka­nem Depart­ment of Civil Engi­ne­ering, co po prze­tłu­ma­cze­niu na język pol­ski ozna­cza Wydział Inży­nie­rii Lądo­wej i Wod­nej (civil engi­ne­ering – inży­nie­ria lądowa i wodna; słow­nik angielsko-polski).

    Reasu­mu­jąc: Wie­sław K. Binienda nie jest ame­ry­kań­skim odpo­wied­ni­kiem pro­fe­sora na Wydziale Fizyki Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego, tylko inży­nie­rem dok­to­rem, dzie­ka­nem Wydziału Inży­nie­rii Lądo­wej na ame­ry­kań­skim odpo­wied­niku Wyż­szej Szkoły Inży­nier­skiej w Rado­miu. Nie mam nic prze­ciw WSI w Rado­miu, ale to deczko co innego niż Wydział Fizyki na UW.

    I tu zaczyna być coraz dziw­niej. Dzie­kan inży­nie­rii lądo­wej twier­dzi, że „brzoza to mięk­kie drewno”. To pan inży­nier dzie­kan nie wie o ist­nie­niu tablic wytrzy­ma­ło­ści mate­ria­łów uży­wa­nych przez inży­nie­rów budow­la­nych? Ja bez trudu zna­la­złem odpo­wied­nia tabelę twar­do­ści drewna:

    Twar­dość drewna w MPa

    świerk 27 MPa,
    sosna 30 MPa,
    jodła 30 MPa,
    modrzew 38 MPa,
    brzoza 49 MPa,
    jesion 56 MPa,
    dąb 60 MPa.
    Jak widać z przy­to­czo­nych danych, twar­dość drewna brzo­zo­wego jest tylko nie­wiele mniej­sza, o 7 MPa, od twar­do­ści jesionu, i o 11 MPa od dębu, a znacz­nie więk­sza (nie­mal dwa razy) od twar­do­ści świerku, z któ­rego wyko­nuje się więk­szość drew­nia­nych kon­struk­cji w budow­nic­twie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzo­zowe jest „mięk­kie”. Zgo­dzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli przyj­miemy twar­dość dębu za 100%, to twar­dość brzozy wynie­sie w tej skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe. Nie­stety panie inży­nie­rze, teo­ria o „mięk­kim patyku” leży gru­zach. Zresztą nie trzeba być inży­nie­rem ani fizy­kiem. Każdy pol­ski wie­śniak rąbiący drewno na opał wie, że piło­wa­nie i rąba­nie brzozy to ciężka robota, a mięk­kie są tylko cien­kie tego­roczne gałązki, ale nie pień o gru­bo­ści 46 centymetrów!

    I tu kolejne twier­dze­nie pana dok­tora inży­niera: Na wio­snę w drze­wie są soki i skutki zde­rze­nia powinny być mniej­sze, bo drewno jest mniej twarde. To pan inży­nier dok­tor nie wie, że cię­żar wła­ściwy (więc i cał­ko­wity) mokrego drewna jest istot­nie więk­szy, niż suchego? To pan inży­nier dok­tor nie wie, że skutki zde­rze­nia z masyw­niej­szą prze­szkodą są groź­niej­sze, niż z prze­szkodą lżej­szą? Do tej wie­dzy nie trzeba być fizy­kiem ani inży­nie­rem. W liceum uczą. Z mecha­niki New­tona to wynika.

    Pan dok­tor inży­nier twier­dzi też, że zde­rze­nie z „miękką brzozą” było by słabe i urwane skrzy­dło powinno spaść 11 metrów za brzozą (spa­dło ok. 100 m dalej). Zaraz, zaraz. Samo­lot miał pręd­kość rzędu 280 – 300 km/h. Aby skrzy­dło z wyso­ko­ści ok. 6 m spa­dło 11 m dalej, jego pręd­kość po zde­rze­niu musia­łaby być zni­koma. Taka pręd­kość czło­wiek bez trudu nadaje piłce, gdy nią rzuca. Ozna­cza to, że nie­mal cała ener­gia kine­tyczna skrzy­dła została pochło­nięta przy zde­rze­niu, a to z kolei zna­czy, że siły dzia­ła­jące w tym momen­cie musiały być gigan­tyczne. No to jak panie inży­nie­rze, zde­rze­nie było słabe, czy potężne? Chyba pan zaprze­cza sam sobie.

    Mógł­bym tak znę­cać się dalej. Lek­tura strony inter­ne­to­wej Wie­sława Biniendy też jest cie­kawa. Słowo pro­fe­sor powta­rza się na niej gdzie tylko się da. Musi mieć facet nie­zły kom­pleks. Wykaz biblio­gra­fii impo­nu­jący, 148 pozy­cji, bóg wojny w nauce, Ein­stein wysiada! Tylko jak się temu przyj­rzymy kry­tycz­nie, to bar­dzo to bled­nie. Są dwie książki, ale obie pod iden­tycz­nym tytu­łem, tylko w innym czę­ściowo skła­dzie auto­rów. W pierw­szej jest trzech auto­rów, w dru­giej sam Binienda. Druga róż­nica, to rok wyda­nia. Czy aby nie są to dwa wyda­nia tej samej pozy­cji? Tre­ści żad­nej z tych 148 publi­ka­cji poznać nie można, bo są same tytuły, bez tekstu.

    Dalej są 4 arty­kuły wstępne, 40 arty­ku­łów pra­so­wych (w pra­sie spe­cja­li­stycz­nej), 66 spra­woz­dań i innych publi­ka­cji, 20 publi­ka­cji NASA i 6 apli­ka­cji paten­to­wych. W sumie 148. Nie­mal wszystko to prace zbio­rowe. Przy­glą­da­jąc się temu szu­mowi zauwa­żam, że nie­które pozy­cje są chyba sztucz­nie roz­mno­żone. Np. w publi­ka­cjach NASA znaj­du­jemy dwie pozycje:

    1. W.K. Binienda, S.M. Arnold and H.Q Tan, „Cal­cu­la­tion of Stress Inten­sity Fac­tors in an Iso­tro­pic Multi-C rac­ked Plate: Part I – The­ore­ti­cal Deve­lop­ment,” NASA TM 1 05766, 1992.

    2. S.M. Arnold, W.K. Binienda, H.Q. Tan and M.H. Xu, „Cal­cu­la­tion of Stress Inten­sity Fac­tors in an Iso­tro­pic Multi-Cracked Plate: Part II – Symbolic/Numeric Imple­men­ta­tion,” NASA TM 105823, 1992.

    Nie trudno zauwa­żyć, iż są to dwie czę­ści jed­nej publi­ka­cji. Po co robić z tego dwie pozy­cje w biblio­gra­fii? Dalej w wielu miej­scach, sądząc po bar­dzo podob­nych tytu­łach i iden­tycz­nym skła­dzie auto­rów, odno­szę wra­że­nie, że mogą to być powtó­rzone te same arty­kuły w róż­nych cza­so­pi­smach. Szkoda, że nie można oce­nić tre­ści, bo jest niedostępna.

    Nie­stety znów mam wra­że­nie, iż pan inży­nier ma wielką potrzebę bry­lo­wa­nia i pod­kre­śla­nia swo­jej wielkości.

    A jak to jest z tym „eks­per­tem NASA”. Wie­sław Binienda nie­wąt­pli­wie pra­co­wał dla NASA w wie­lo­oso­bo­wym zespole bada­ją­cym wytrzy­ma­łość mate­ria­łów. W żad­nej z publi­ka­cji NASA nie wystę­puje samo­dziel­nie. Moi infor­ma­to­rzy twier­dzą, iż zespół ten wyko­ny­wał typowo pomia­rowe prace labo­ra­to­ryjne. Co by to nie było, dla NASA pra­co­wał, tylko czy jako ekspert?

    Wcho­dzę na strony NASA i szu­kam nazwi­ska Binienda. Odpo­wiedź wyszu­ki­warki za każ­dym razem brzmi: Inva­lid Requ­est – w wol­nym tłu­ma­cze­niu: błędna prośba. Jed­nym sło­wem w zaso­bach stron NASA takiego nazwi­ska nie ma. Reasu­mu­jąc: Binienda nie­wąt­pliwi uczest­ni­czył w jakiś pra­cach dla NASA, ale był na tyle mało ważny, że na stro­nach NASA go nie ma. Czy więc nazy­wa­nie go „eks­per­tem NASA” to nie przesada?

    No i teraz, co ja o tym wszyst­kim myślę. Jakoś nie wie­rzę, by absol­went Poli­tech­niki War­szaw­skiej i pra­cow­nik nawet naj­bar­dziej pro­win­cjo­nal­nej uczelni ame­ry­kań­skiej do tego stop­nia nie znał praw fizyki. Myślę, że jest ina­czej. Myślę, że Wie­sław Binienda, z powodu albo ide­olo­gicz­nego zaśle­pie­nia, albo z powodu chęci bry­lo­wa­nia i lecze­nia kom­plek­sów, robi rzecz w nauce nie­do­pusz­czalną. Zało­żył sobie z góry kom­plet­nie nie­praw­dziwą tezę, że w Smo­leń­sku był zamach, i kom­bi­nu­jąc jak koń pod górę, nagi­na­jąc fakty i prawa fizyki, stara się tę bzdurę udo­wod­nić. W oczach ludzi wykształ­co­nych kom­pro­mi­tuje się i ośmie­sza, ale ma swoje 5 minut w mediach i podziw gro­mady nie­uków i ćwierć­in­te­li­gen­tów z PiS-u. Ci igno­ranci, ale jakże wszech­stronni, z Kaczyń­skim i Giżyń­skim na czele, patrzą w niego, jak w obraz. Ci pano­wie, z powodu swego nie­uc­twa, nie wie­dzą, że w każ­dej nauce ist­nieją ludzie gło­szący tak zwane poglądy odosob­nione. Śro­do­wi­ska naukowe nie trak­tują ich poważ­nie. Co innego takie ciała, jak zespół Macie­re­wi­cza, które mają ide­olo­giczne zamó­wie­nie na udo­wod­nie­nie kom­plet­nej nie­prawdy. Dedy­kuję twier­dze­nie Petera: „Nawet naj­więk­sza liczba ćwierć­in­te­li­gen­tów nie daje jed­nego inteligenta”.

    Na koniec przy­to­czę pewną zna­mienną aneg­dotkę krą­żącą na Wydziale Fizyki w moich cza­sach stu­denc­kich, a było to tak dawno, iż ludzie tyle nie żyją. Podobno prof. Wró­blew­ski, na egza­mi­nie z fizyki doświad­czal­nej, posta­wił na biurku szklankę z wodą i spy­tał stu­denta: – Pro­szę pana, dla­czego ta szklanka jest cie­plej­sza nie z tej strony, z któ­rej pada na nią świa­tło sło­neczne, tylko z prze­ciw­nej? Stu­dent zaczął kom­bi­no­wać o zała­ma­niu, odbi­ciu i tak dalej, aż w końcu wypro­du­ko­wał teo­rię tłu­ma­czącą zja­wi­sko. Wów­czas pro­fe­sor powie­dział: – Nie, bo ją obróciłem.

    Ta aneg­dota poka­zuje rze­czy­wi­ste zja­wi­sko wystę­pu­jące w pseu­do­nauce. Jeśli robi się to, co robi Wie­sław Binienda, czyli zaczyna dowód od tezy, to selek­cjo­nu­jąc fakty i nagi­na­jąc prawa, można udo­wod­nić każdą bzdurę. Inter­net jest pełen tego rodzaju dowo­dów i takich ekspertów.

    http://www.studioopinii.pl Krzysztof Łoziński

  11. tofik pisze:

    Myślę że powolutku zaczynają się układać te puzelki.Rodzi się pytanie jak taki gość ,z takim ilorazem inteligencji mógł zrobić cokolwiek sam.Dlaczego SB tak świetnie zorganizowana organizacja i skupiająca w swoich szeregach naprawdę łebskich gości mogłaby być ograna przez takiego człowieka.Każdy kto ma trochę oleju w głowie i jest w miarę przebudzony to widzi jaki duży wał został ukręcony.Na początku roku 2012 pojawiła się informacja że wojskowa motorówka zawiozła leszka na strajk.Co to oznacza ?No, wnioski rodzą się same.Dziennikarze zaczęli docierać do załogi tej łodzi ale okazało się że ci ludzie w dziwny sposób wyparowali.Oznacza to że gość prowadzony jest do dnia dzisiejszego.A ostatnia jego wypowiedz że by pałował związkowców dyskredytuje jego osobę jako członka związku który go wykreował i dzięki ich poświęceniu mógł cokolwiek zrobić.Jego chore gadanie że to on obalił komunizm jest oględnie mówiąc mijaniem się z prawdą.Myślę też że postawa jego żony daje dużo do myślenia.Jak długo można się okłamywać ,w jej przypadku chyba ta granica została przekroczona.Jej książka i wypowiedzi są chyba buntem sumienia który w jakiś sposób pragnie uciszyć.Zastanówcie się jak SB postępowała z opozycjonistami i wrogami systemu,sami wiecie gdzie w końcu trafiali.A leszkowi nawet włos z głowy nie spadł.No jak to się mogło stać?Chyba że jesteśmy im potrzebni albo jesteśmy jednym z nich albo pracujemy dla nich.Wniosek jest prosty a myślę że prawda za jakiś czas sama się objawi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s